3174 filmy mojego życia

Autorzy: Juliusz Machulski, Krzysztof Varga        Wydawnictwo Sonia Draga

 

25 lipca bieżącego roku odbędzie się premiera długo oczekiwanego filmu Juliusza Machulskiego – „Vinci 2”. To już naprawdę niedługo, a ostatnie dni przed pierwszymi seansami fani reżysera mogą umilić sobie rozmową rzeką, jaką z Machulskim przeprowadził Krzysztof Varga. Nie jest to wywiad rzeka, przeobrażający się ostatecznie w autobiografię – jak robi to w swoich książkach Rafał Księżyk. Oczywiście element wspomnień jest obecny, ale dość szybko rozmówcy przelatują nad domem rodzinnym, który stał się jednym z najsłynniejszych domów artystów, a bohaterowi dał możliwość bycia na planie filmowym już jako niespełna trzylatek. Mowa o „Ostatnim dniu lata” Tadeusza Konwickiego. Machulski w kontekście tego, jaki start mają często inni (z tzw. zwyczajnych domów i zwyczajnych rodzin), był uprzywilejowanym dzieckiem szczęścia, ale skala talentu pozwoliła mu szybko dowieść, że jest po prostu wybitnym twórcą. Autor „Kingsajzu” zostawił trwały ślad w polskiej kinematografii. Śmiało można powiedzieć, że lata 80. i 90. należały do niego.

Wtedy rządził i miał rząd dusz – przynajmniej w ciemnej sali kinowej. Na filmy zawsze patrzył całościowo – stąd pamiętamy muzykę Henryka Kuźniaka, kreacje aktorskie (zarówno główne, jak i drugoplanowe albo nawet epizodyczne), fragmenty dialogów, które weszły do polszczyzny używanej na co dzień. Kojarzymy je z konkretnymi twarzami (np. Janusza Rewińskiego czyli Siary z „Kilera), wplatamy do własnych rozmów, gdy akurat się przypomną. To rzadka potęga kina, symbol spełnionego twórcy.W lekturze mocno rzuca się w oczy jedna rzecz. Varga przepytuje Machulskiego na początku każdego rozdziału, ale po chwili panowie już tylko (i aż) rozmawiają. Dlatego to rozmowa, a nie wywiad. Przerzucają się skojarzeniami, przypominają sobie nawzajem zapomniane tytuły, dopowiadają do wypowiedzi poprzednika. Czyta się to z pewnością niesłychanie lekko. Ta forma zostawia czytelnika z poczuciem, że interlokutorzy odbijają się od filmów Machulskiego, aby potem dyskutować o własnej fascynacji kinem – zwłaszcza amerykańskim.

Osobiście uwielbiam taki rozwój wypadków. Rozmowa dwóch filmożerców – pełna pasji i erudycji. Dwie chodzące encyklopedie kina, a więc i diagnozy stanu aktualnego: przede wszystkim brak wiodącego nurtu. Nie ma żadnej nowej fali, nowego kina gatunków. Redefinicje tego wszystkiego, owszem, istnieją, ale dominuje wielkie rozproszenie. Jeden zarzut z perspektywy widza, który chciał się dowiedzieć więcej o samym Machulskim (łącznie z jego twórczością): ilościowo jest więcej o innych niż o sobie. Mam jednak wrażenie, że dzięki temu sympatycy kultowych i tych mniej znanych dzieł Machulskiego odkryją coś naprawdę nowego o swoim ulubionym artyście, o jego guście, smaku. Bardzo fajna, klimatyczna książka, którą urozmaica na końcu lista 50 filmów, dzięki którym bohater został reżyserem filmowym (wymienionych w kolejności oglądania do czerwca 1974 roku, zanim dostał się do szkoły filmowej). Oprawa twarda, szyta.