Autorzy: David E. Sanger, Mary K. Brooks Wydawnictwo Prześwity
Jest to książka o wstrząsach politycznych obecnego świata, z wojną rosyjsko-ukraińską na czele. Także o groźbach Chin wobec Tajwanu, konfliktach zbrojnych na Bliskim Wschodzie, podstępnych atakach terrorystów islamskich na całym świecie. Trzonem „Nowych zimnych wojen” jest jednak geneza obecnego stanu oraz charakterystyka powolnego procesu jaki nastąpił od początku tego stulecia – a zarazem tysiąclecia – kiedy wydawało się, że od upadku komunizmu mechanizmy konstruktywnej budowy świata demokratycznego są niezagrożone.
Kiedy w kwietniu 2002 roku prezydent George W. Bush odwiedził Rosję, stosunki pomiędzy obu państwami były w szczytowej fazie rozwoju. Bush oraz prezydent Władimir Putin płynęli luksusowym statkiem tego ostatniego po Newie do Petersburga, gdzie Rosjanin chciał pokazać gościowi z Ameryki artystyczne skarby Ermitażu. Obaj panowie wraz z żonami bawili się znakomicie na pokładzie smakując wykwintne przekąski i popijając je wybornymi trunkami. Zachowywali się niczym starzy kumple, którzy dawno się nie widzieli. Kiedy kilka miesięcy wcześniej, we wrześniu 2001 roku, nastąpił atak terrorystyczny na World Trade Center Putin był pierwszym przywódcą światowym, który zatelefonował do Busha z wyrazami współczucia. Wcześniej Bush dzwonił do Putina, żeby złożyć kondolencje podczas serii zamachów w Moskwie dokonywanych przez separatystów czeczeńskich.
Ale po rejsie po Newie stosunki zaczęły się psuć. Wizyta była udana, lecz polityka bliskowschodnia obu państw zaczęła wykazywać coraz większe rozbieżności, w kwestii na przykład Afganistanu, Syrii czy Egiptu. Nie były one na tyle złożone, żeby nie można było ich pogodzić ku satysfakcji obu stron, ale czegoś zabrakło. Zdaniem autora książki zabrakło wyczucia psychologicznego ze strony Amerykanów. David E. Sanger oraz współautorka Mary K. Brooks upatrują stopniowe ochładzanie się stosunków amerykańsko-rosyjskich w tym, że Amerykanie jakoby odnosili się do Rosjan z góry. Zapraszali wprawdzie delegacje z Kremla na globalne szczyty i międzynarodowe konferencje, ale traktowali ich z rezerwą.
Autorzy są zdania, iż politycy z USA od dawien dawna wykazywali poczucie wyższości w stosunku do groźnego wschodniego partnera. Czuli respekt przed jego siłą militarną, ale pogardzali za to, że nie potrafi uporządkować gospodarki we własnym kraju, a usiłuje narzucić światu swoją wolę. A Putin pragnął jakoby pełnego partnerstwa, a nie zadzierania nosa. Z Chinami Waszyngton liczył się zawsze bardziej niż z Rosją, Putin uważał to niemal za policzek dla swojego kraju, a zwłaszcza dla swojej w nim pozycji. Autorzy twierdzą, że Putin nie jest wcale postkomunistą i nie dąży do odbudowy imperium sowieckiego.
On myśli kategoriami szowinizmu rosyjskiego, a w gabinecie nie trzyma figurki Lenina, lecz cara Piotra Pierwszego. Samego Lenina skrytykował kiedyś ostro w publicznym wystąpieniu za poronione plany stworzenia światowego społeczeństwa zintegrowanego. Apetyt rosyjskiego dyktatora jest więc znacznie większy niż Chruszczowa czy Breżniewa. Sanger i Brooks uważają, że odpowiednie traktowanie Putina mogłoby wiele zmienić. Rzecz jasna autorzy nie skupiają się wyłącznie na elementach psychologicznych w wielkiej polityce, kładąc nacisk nie tylko na nowy wyścig zbrojeń, ale i na dążenie do dominacji pod względem technologicznym, gospodarczym oraz informacyjnym. Ale między wierszami psychologia daje o sobie znać. Dla zainteresowanych tematyką. Oprawa miękka, klejona. Piotr Kitrasiewicz