Autor: Laszlo Krasznahorkai Wydawnictwo Czarne
Jest to książka dla bardzo zaawansowanych intelektualistów, koneserów literatury trudnej w odbiorze. Autor podążał ścieżkami wykreowanymi w ubiegłym stuleciu przez takich tytanów prozy jak James Joyce czy Samuel Beckett, mówiących o zagubieniu człowieka i absurdalności otaczającego go świata. Jak widać, opłaciło się nawiązywanie do tych klimatów, bo węgierski prozaik otrzymał za tom „A świat trwa” literacką nagrodę Nobla 2025, a więc uhonorowanie najwyższe o jakim może marzyć człowiek pióra. Książka jest zbiorem opowiadań, w których prawie nie ma fabuły. Są za to egzystencjalno-filozoficzne dociekania i komentarze pisarza związane z określonym wydarzeniem, na tyle migawkowym, że przemknęło niczym meteor. Ludzie dostrzegli, wydali z siebie och i ach, po czym przeszli do swoich stałych codziennych tematów zapominając o tym co ich poruszyło. Dla Krasznahorkaiego może być to fakt historyczny, o którym wyczytał, lub współczesny.
Tego ostatniego sam mógł być świadkiem lub usłyszeć, przeczytać w gazecie lub Internecie. Na przykład, incydent jaki miał miejsce na pewnej stacji metra. Na peronie znajdowała się niewielka, zaledwie półtorametrowa pusta strefa. Pomiędzy ścianą będącą końcem peronowej przestrzeni, a nieznacznie poprzedzającym ją wielkim lustrem ze światłem sygnalizacyjnym. W lustrze maszynista widział wsiadających i wysiadających pasażerów, a zielone światło było dla niego sygnałem do kontynuowania jazdy. W oczach autora pusta strefa nabrała niemal magicznego znaczenia, bo wielokrotnie bywając na peronach metra dostrzegł jej swoistą autonomię nie naruszaną przez kogokolwiek.
Po prostu nikt tam nie wchodził, nawet na chwilę. Aż do pewnego razu pisarz doznał szoku. Widział bowiem – ewentualnie ktoś mu opowiedział, a on uczynił z tego narrację pierwszoosobową z pozycji świadka – stojącego w pustej strefie kloszarda sikającego na tory. Kloszard miał udrękę na twarzy jakby oddawanie moczu sprawiało mu ból. Szło mu to powolnie. I opornie. Ludzie przyglądali się lub odwracali głowy. W dodatku na przeciwległym peronie pojawił się patrol policjantów z psem. Funkcjonariusze oniemieli na ten widok, a potem starszy z nich podniesionym głosem kazał kloszardowi przerwać jego czynność fizjologiczną. Ale ten nie przerwał. Robiłto nadal z tą samą udręką. Odległość pomiędzy peronami
wynosiła około dziesięciu metrów i autorowi wydała się nie do pokonania, niczym przepaść dzieląca nie tylko światy fizyczne, ale i czasowe, kulturowe, metafizyczne. Przez tory nie mogli przejść także funkcjonariusze, bo zabraniały tego przepisy, jak i własny instynkt samozachowawczy. Mogli jednak skorzystać z przejścia podziemnego, kilkanaście schodów w dół, potem pozioma przestrzeń płaska i kilkanaście schodów do góry. Ale oni stali i patrzyli, a jeden krzyczał nie ruszając z miejsca. Jakby nietykalność gwarantowała kloszardowi owa pusta strefa, niedostępna i magiczna. Utwory węgierskiego laureata Nobla pełne są refleksji nad człowiekiem. Są nimi do tego stopnia przesycone, zagęszczone, skondensowane, iż można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś intelektualnym ekstraktem. W dodatku język autora jest trudny, przypominający emocjonalny monolog wewnętrzny lub szybki strumień myśli. I to rozbudowany leksykalnie.
Pisarz posługuje się niezwykle długim zdaniami, rzadko kończonymi znakiem interpunkcyjnym w postaci kropki. Niektóre utwory w ogóle zbudował tylko z jednego zdania, ciągnącego się przez kilka stronic, nadrzędnie i podrzędnie złożonego na wszelkie sposoby składniowej gramatyki. Ale jest także utwór całkowicie odmienny. Nosi tytuł „Łabędź ze Stambułu” oraz podtytuł „79 akapitów na pustych stronach”. Również dedykację: „Ku pamięci Konstandinosa Kawafisa”. I zgodnie z zapowiedzią opowiadanie składa się z szesnastu pustych stron, białych niczym tytułowy ptak. Książka „A świat trwa” zawiera prozę ciężką w odbiorze, hermetyczną, przeładowaną intelektualnie, zbudowaną z trudnej formy redukującej do minimum pierwiastek fabularny, jak również udział bohaterów. W pewnym sensie jest to znak naszych czasów, w których literatura, a być może i ludzkość, doszła do pewnego szczytu rozwojowego i nie wiedząc co ma dalej z sobą zrobić zaczyna gubić się w różnych formach autodestrukcji. I być może tak właśnie odczytali to jurorzy ze sztokholmskiej akademii, ale tego do końca nie wiemy, gdyż oficjalne uzasadnienie mówiące o próbie opisania człowieka we współczesnym świecie jest jak zwykle w werdyktach Noblowskich patetyczne i wieloznaczne. Dla wyjątkowo wyrafinowanych koneserów. Oprawa miękka, klejona. Piotr Kitrasiewicz