Autor: Paweł Sołtys
Wydawnictwo: Czarne
Paweł Sołtys, na scenie muzycznej znany też jako Pablopavo, rozpoczął swoją udaną karierę literacką od dwóch tomów opowiadań i krótkich próz (nazywały się „Mikrotyki” i „Nieradość”). Po kilku latach przerwy zaczął mocować się z formą bliższą powieści – najpierw pod koniec 2024 roku ukazała się książka pt. „Sierpień”, teraz przyszła pora na „Monolok”. Tak się składa, że czytałem trzy z czterech książek Sołtysa – ta jest według mnie najlepsza.
„Monolok” to rozpisany na jakieś sto dwadzieścia stron monolog fryzjera z Grochowa, który powoli zbliża się do końca życia. Jest wdowcem, wychował się w domu dziecka, w wolnych chwilach zawsze lubił czytać – tego i owego się o nim dowiadujemy, ale tak naprawdę to nie on jest głównym bohaterem tej książki. Jest raczej jej narratorem, przekaźnikiem. Ludzkiego głównego bohatera w zasadzie tu nie ma, bo główne skrzypce gra w tej książce jakby ponadindywidualny żywioł opowieści. Historie opowiadane przez fryzjera płyną nieprzerwanie, od jednej do drugiej, nie przejmując się tym, czy są prawdziwe, czy może zmyślone albo podkoloryzowane, i stanowią wartość samą w sobie. Choćby dlatego, że to właśnie opowieści mają moc zatrzymywania czasu, albo raczej utrwalania czegoś, co kiedyś było, ale zdążyło odejść.
Jedna historia wynika tu z drugiej, książka Sołtysa ma strukturę podobną do spotkania w barze czy właśnie u fryzjera, gdzie zainteresowani opowiadają sobie, co wydarzyło się im, albo ludziom, których lepiej lub gorzej znają. Czasami bohaterem jest warszawski pisarz czy profesor, innym razem robotnik lub złodziej, czasami nieśmiałe i otyłe dziecko, które zmieniło się w beneficjenta przemian ustrojowych, kiedy indziej trzy podstarzałe siostry, które dorabiają do emerytur stawianiem tarota i nade wszystko kochają swoje psy. Zdarza się, że akcja opowieści zahacza o Powstanie Warszawskie, kiedy indziej rozgrywa się w dziwnym PRL-owskim bezczasie albo niestabilnych latach transformacji. Wszystkie te historie mają jednak geograficzną cechę wspólną – monologujący fryzjer jest z Grochowa, więc opowiada o osobach, które mają coś wspólnego z tą warszawską dzielnicą (a niejednokrotnie spędziły w niej całe życie).
W efekcie dostajemy napisany żywym, przekonującym językiem literacki hołd dla zwyczaju snucia ustnych opowieści. W dodatku przesiąknięty starą Warszawą, w tym językiem jej ulicy, czego jako mieszkańcy tego miasta chyba nie możemy nie docenić. Czyta się jednym tchem, jak gdyby naprawdę słuchało się narratora, siedząc w fotelu fryzjerskim. Może zresztą ma on jakiś rzeczywisty pierwowzór? Tak, czy inaczej: bardzo polecam zakup tej książki wszystkim warszawskim bibliotekom, i nie tylko im. Oprawa twarda, szyta.