Autor: Percival Everett Wydawnictwo Marginesy
W miasteczku Money na południu Stanów Zjednoczonych, położonym nad rzeką Missisipi dochodzi do makabrycznej zbrodni. W sypialni swojego domu zostaje znaleziony martwy starszy biały mężczyzna. Zwłoki są okrutnie zmasakrowane. Obok niego znajduje się inny trup, tym razem młodego Afro-Amerykanina, również potwornie okaleczonego. Czarnoskóry nieboszczyk ściska w dłoniach odcięte genitalia białego. Śledztwo prowadzi miejscowy szeryf, facet prymitywny i prostacki, podobnie jak cała załoga komisariatu. Taka jest zresztą większość mieszkańców miasteczka, składających się z białych i czarnych, z tym, że ludźmi szeryfa są biali. Przybywa jednak dwóch agentów służb federalnych, są nimi Jim i Ed, obaj Afro, którym biali robią rozmaite trudności. Goście również pogardzają białymi z Money, nazywając ich wsiochami i burakami. Do współpracy jednak dochodzi, a to za sprawą szokującej komplikacji w śledztwie. Polega ona na tym, że z chłodni w kostnicy znikają okaleczone zwłoki. I to znikają w sposób urągający wszelkiej logice, gdyż jak ustalono, nikt nie mógł ich wynieść. Wkrótce sprawa nabiera cech wszechogarniającego koszmaru, gdyż kolejny biały facet ponosi okrutna śmierć, tym razem w łazience.
A w wannie policja odnajduje zaginione ciało Afro-Amerykanina. Siedzi oparty o kran, jego zmasakrowana twarz wpatruje się w zamordowanego, a w dłoniach ściska…nietrudno zgadnąć co. Powieść Percivala Everetta, czarnoskórego profesora literatury z Uniwersytetu w Południowej Kalifornii, jest mieszaniną gatunków. Zaczyna się jak thriller w stylu Gore, żeby ewoluować w kierunku political fiction, a w finale rzecz nabiera cech apokaliptycznych, przy czym ów Armagedon wynika z bolesnych dziejów relacji pomiędzy Amerykanami białymi i czarnymi, które przez wieki pochłaniała ziemia, jej sokami żywiły się drzewa, a teraz wydają one owoce. Tłumy czarnych wojowników przetaczają się przez Amerykę pozostawiając za sobą zwłoki białych współmieszkańców. Idą z południa na północ i docierają do stolicy. Śmierć ponosi sekretarz stanu, prawa ręka prezydenta. Sam prezydent,miotający na lewo i prawo wulgarne przekleństwa, okazuje się tchórzem, który każe obstawić wojskiem nie tylko swoją siedzibę, ale i samego siebie. A w ogóle to ucieka z Białego Domu.
Wkrótce zostaje zamordowany przewodniczący senatu. Afro-Amerykanie, niczym czarna zaraza, przetaczają się przez kraj mordując białych i niszcząc ich domy. Robią to pod hasłem: „Powstańcie”. Oprócz makabry i okrucieństwa, a także towarzyszącej akcji grozy, powieść zawiera również sporo humoru, co prawda mocno specyficznego. Stylizowany na żargon język mimowolnie rozbawia, szczególnie w tych momentach, kiedy biali i czarni mówią o sobie nawzajem różne złośliwości. Postaci są przerysowane, a makabra komentowana w sposób ironiczny, co sprawia, że na szczęście nie sposób brać na poważnie zawartej w książce upiorności. Wymowa jest taka, że biali gnębią czarnych tak samo jak kiedyś i czas najwyższy na odwet, lecz szydercza dwuznaczność wyłaniająca się z tego rzekomego przekazu wskazuje, iż autor robi oko do czytelnika, a całe jego dzieło przypomina raczej satyrę niż prognozę serio. Satyrę na amerykański rasizm, prawdziwy lub przypisywany, na stosunki społeczne, na poziom życia i intelektu mieszkańców stanu Missisipi. Oprawa miękka, klejona. Piotr Kitrasiewicz