Autor: Krzysztof Drozdowski Wydawnictwo Replika
Kiedy hitlerowcy doszli do władzy w Niemczech pod koniec stycznia 1933 roku od razu przystąpili do likwidacji opozycji politycznej. Pierwszy obóz koncentracyjny powstał już 22 marca w Dachau, niedaleko od Monachium, a pierwszych więźniów umieszczono w dawnym budynku administracyjnym, otoczonym drutem kolczastym. Początkowo nie było w nim żadnej infrastruktury, typu stoły, krzesła czy prycze. Dopiero po kilku dniach przywieziono deski, z których więźniowie musieli sami zbudować sobie niezbędne przedmioty użytkowe. Najpierw osadzonych pilnowali policjanci, którzy musieli kupować im żywność z własnych pieniędzy, co oprotestowali wysyłając skargę do monachijskiego gauleitera czyli przywódcy NSDAP na tym terenie.
Wkrótce policję zastąpiło SS i odtąd ta złowieszcza formacja paramilitarna, dowodzona przez Heinricha Himmlera, będzie nadzorować wszystkie obozy koncentracyjne na terenie Trzeciej Rzeszy, a po 1939 roku także na ziemiach okupowanych przez nią krajów. Okazuje się jednak, że obóz w Dachau nie był wcale pierwszy, bowiem na krótko przed jego powołaniem powstał lagier we wsi Nohra w Turyngii. Miał jednak charakter prowizoryczny i krótki, a jego więźniami, w liczbie niewiele ponad 200 mężczyzn, byli komuniści. Trzymano ich w budynku zespołu szkolnego i nie stosowano jeszcze brutalnych metod. Pilnowali ich SA-mani. Więźniów przywieziono 3 marca, a w dwa dni później konwojowano ich do lokali wyborczych w związku z głosowaniem samorządowym, co było osobliwym paradoksem, możliwym tylko na początku reżimu, kiedy nawet brunatne koszule Ernsta Roehma przestrzegały obowiązującego prawa. I to w sytuacji, kiedy było oczywiste, że komuniści będą głosować na listę komunistyczną czyli na wrogów narodowych-socjalistów. Więźniów zresztą wypuszczono po sześciu tygodniach po podpisaniu deklaracji o zaniechaniu działalności politycznej.
Ci, którzy nie chcieli podpisać, trafili do więzień. Prowizoryczny obóz w Nohra zamknięto. W swoje książce Krzysztof Drozdowski, autor wielu publikacji o nazizmie i II wojnie światowej, opisuje dzieje niemieckich obozów koncentracyjnych z różnych punktów widzenia. Oprócz ich charakterystyki typu system organizacyjny, warunki bytowe, rodzaje wykonywanej pracy, obrazuje sposób traktowania osadzonych. W tym ostatnim przypadku konfrontuje fakty historyczne z licznymi powieściami i filmami przekazującymi przerażający obraz stosunków między kadrą a osadzonymi. Trzeba przyznać, że konfrontacja ta niewiele zmienia w naszej wiedzy, gdyż wśród strażników, strażniczek oraz kapo czyli więźniów funkcyjnych, nierzadko znajdowali się psychopatyczni sadyści znęcający się nad podporządkowanymi sobie ludźmi.
Nawet niektórzy z komendantów uprawiali gwałty, a nie należały wcale do rzadkości tworzone za drutami burdele. Niektórym z katów autor poświęca wiele uwagi, na przykład jeden z rozdziałów nosi tytuł „Diabeł z Gusen”, poświęcony postaci Karla Chmielewskiego, komendanta Gusen I, filii KL Mauthausen w Górnej Austrii, mordercy i sadysty. Początkowo, to znaczy od maja 1940 roku, uprawiał on swój zabójczy proceder na Polakach, a następnie na innych osadzanych tam nacjach, jak hiszpańscy republikanie czy jeńcy sowieccy. Wynalazł sposób zabijania zanurzając ofiary w lodowatej wodzie, co przy ich wycieńczeniu szybko przynosiło śmiertelne efekty. Pozwalało to na jednorazowe pozbawienie życia 130 osób, bo Chmielewski wcielał w życie zalecenia Himmlera o technicznym, niemal fabrycznym, tempie uśmiercania. Wbrew polskiemu nazwisku był rdzennym Niemcem. Jeden z jego przodków, o nazwisku Hopf, po niemiecku „chmiel”, służąc na dworze króla Augusta II Sasa, wtopił się w polskie otoczenie tego władcy przybierając nazwisko „Chmielewski”.
Przed końcem wojny Karl Chmielewski naraził się przełożonym z SS, bo pełniąc funkcję komendanta innego obozu, tym razem na terenie Holandii, kradł odebrane więźniom mienie, w tym diamenty. Stanął przed esesmańskim sądem, który skazał go na 15 lat ciężkich robót i trafił do Dachau, gdzie szybko został jednym z kapo. A ponieważ było to w 1944 roku, za drutami spędził niecały rok. Po wojnie uniknął kary żyjąc pod przybranym nazwiskiem, a zmarł pod koniec lat siedemdziesiątych w ośrodku opiekuńczym dla chorych psychicznie. Inna rzecz, że wymiar sprawiedliwości RFN nie poszukiwał go zbyt gorliwie. Mną najbardziej wstrząsnął rozdział o obozie dla polskich dzieci w Łodzi oraz o eksperymentach medycznych, stosowanych głównie na kobietach, w Auschwitz, Dachau, Buchenwaldzie i Ravensbruck. Nie będę opisywać losu uwięzionych dzieci, ani cierpień ofiar pseudomedycznych działań, z których wiele umierało, wiele zostało kalekami, a wszystkie przechodziły niewyobrażalne cierpienia. Czytelnik może sam sobie przeczytać, ale lepiej, żeby przedtem wziął w garść swoje emocje. Książkę polecam, ku pamięci i przestrodze. Oprawa miękka, klejona. Piotr Kitrasiewicz