Scenariusz: Jachu Kaczmarczyk
Rysunki: Wojtek Odroń
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Oficjalny komiksowy debiut dwójki autorów wcześniej tworzących w obiegu niezależnym to udany zbiór trzech historii, w którym przedstawiają oni czytelnikom swój autorski świat fantasy. Opowieści tych nie łączy żaden wspólny motyw, nie korespondują ze sobą pod względem fabularnym, ich bohaterowie to zupełnie różne postaci. Autorzy dają jednak sygnał, że Haerelands to świat rozległy – w omawianym komiksie przedstawiają trzy zupełnie różne jego części, a fabuły dzieją się w różnych czasach. „Zbiór pierwszy” to rodzaj wstępu do właściwej opowieści – podobno niedługo ma ukazać się pierwsza część wielotomowej sagi fantasy, w której fabuła będzie już bardziej spójna. Przy czym warto nadmienić, że nawet jeśli autorzy tworzyli trzy opowiadania z tego tomu jako wprawki przed większą całością, to efekt jest w pełni zadowalający. Prawdę mówiąc nie kojarzę w ostatnich latach równie udanego polskiego komiksu fantasy, choć oczywiście coś dobrego mogło mi umknąć.
Pierwsza ze znajdujących się w tym tomie historii opowiada o dwóch rycerzach, którzy chcą pokonać spersonifikowaną śmierć, ale oczywiście nie doceniają jej sprytu. Druga to popis wyobraźni, zwłaszcza wizualnej. Jej akcja rozgrywa się w pustynnej krainie przypominającej dawną Afrykę Północną, a w szczególności Egipt. Trzecia z kolei – i zarazem najdłuższa – to opowieść o kobiecie, która przebrana za mężczyznę zaokrętowała się na pewnym statku, a teraz staje przed wyzwaniem: musi uwolnić okręt, który niby jest uwięziony w lodzie, ale tak naprawdę w miejscu trzyma go jakaś nadnaturalna siła. Tyle można napisać w jak najogólniejszym skrócie – fabuły może i nie są przesadnie skomplikowane, choćby ze względu na niewielką objętość komiksów, ale za to sprawnie opowiedziane, i szkoda byłoby psuć lekturę, zdradzając więcej.
Zamiast tego warto poświęcić trochę miejsca sprawiającym jak najlepsze wrażenie rysunkom. Są po prostu udane, utrzymane w mniej-więcej realistycznej konwencji, ale zarazem przepełnione niesamowitością – kiedy pojawiają się na nich elementy magiczne, to działają na wyobraźnię. Widać, że Wojek Odroń ma głowę wypełnioną światami wykreowanymi przez innych twórców, pewnie także mitologią, ale z niczego konkretnego nie ściąga, a zamiast tego wymyśla własny świat, czerpiąc przy tym z różnych źródeł. I wykreowane przez niego obrazy mają siłę – jako czytelnik wierzyłem im i chętnie się w nie zanurzałem. Zdarzają się kadry, na których aż chce się zawiesić oko na trochę dłużej, by wspomnieć na przykład o finałowej panoramie portowego miasta, z okrętem i wielorybem na pierwszym planie.
Sądzę, że taki komiks jak ten powinien znaleźć swoich fanów. Dlatego polecam go, bibliotekom także. Jestem też ciekaw, jak autorom wyjdzie właściwy cykl, bo przystawka naprawdę rozbudza apetyt. Oprawa twarda, szyta.