Autorka: Marta Tomczok Wydawnictwo Czarne
Wzdłuż drogi, którą autorka jeździła do Rybnika trzęsącym się pekaesem, rosły kiedyś piękne graby. Zasadzono je pod koniec dziewiętnastego wieku, na ozdobę. Miały przynosić ulgę podróżnym. W latach sześćdziesiątych ścięto je i rzucono na kupę, żeby zgniły. W miejscu, gdzie rosły, powstawało nowoczesne osiedle dla pracowników kopalni. Widok kompostu, na którym leżały drzewa, robił tak przygnębiające wrażenie, że gdy wnuk dawnego właściciela tego terenu przyjechał w odwiedziny z Niemiec nie mógł rozpoznać miejsca. Facet nazywał się Kowatz i stał jak wryty, po czym zapytywał przechodzących górników: „Gdzie są te grabczoki?” Ale skąd oni mieli wiedzieć?
Przytoczona scena nieźle oddaje charakter książki Marty Tomczok, próbującej odtworzyć nieistniejące krajobrazy i widoki, cieszące kiedyś oczy, a następnie zniszczone. To ostatnie następowało zwykle w imię tak zwanego postępu, żeby zrobić miejsca pod kolejne zabudowy, ale bywało też gorzkim owocem zwyczajnej bezmyślności i głupoty osób na urzędach. Fragment książki odnoszący się do zmarnowanych drzew pochodzi z rozdziału o kopalni w Szczygłowicach. W jej budowę zaangażowany był dziadek autorki, jak również mnóstwo ludzi ze Szczygłowic, najbliższych okolic oraz z całego regionu. Widzieli w tym progres i lepsze jutro.
Praca aż paliła im się w rękach, czuli się ważni, potrzebni krajowi, regionowi, rodzinie. Sobie samym. Byli wartościowymi elementami społeczeństwa, a trud jaki wkładali w rozwój swojej małej ojczyzny sławiły gazety, w tym popularny „Sztandar Młodych”. Potem okazywało się, że wszystko poszło na marne, bo nierentowne kopalnie trzeba było zamykać albo sprzedawać obcym. W przypadku Szczygłowic byt wspomnianego nowoczesnego osiedla, nazywanego „czerwonym”, chociaż mieszkali na nim pracownicy kopalni, a nie lokalni dygnitarze, rozstrzygnął się już w połowie lat osiemdziesiątych z powodu powodzi. Był to mocny wstęp do upadku. Upadki opisywane przez reporterkę bywały różne, niektóre rozłożone na lata, inne natychmiastowe. Na przykład we wsi Piaski, niedaleko Bełchatowa. Przeszkadzała w rozwoju kopalni i natychmiast ją usunięto z powierzchni ziemi.
Mieszkańcom przedstawiono propozycję nie do odrzucenia, żeby szybko odeszli z ziemi na której wychowali się zarówno oni, jak i ich przodkowie. Oczywiście dostali odszkodowania. Dla zachęty, ta rodzina, która zdecydowała się opuścić wioskę jako pierwsza otrzymała specjalną premię. Po kilkusetletniej wsi nie pozostał ślad, może z wyjątkiem kilku drzew wiśniowych. Tam gdzie znajdowały się chaty, obory, pastwiska i pola uprawne, teraz są wielkie rury odprowadzające popioły z elektrowni Bełchatów. Reporterka pisze w pierwszej osobie, co nadaje narracji osobisty, zabarwiony intymnością charakter. Sugestywnie przedstawia obrazy przechodzenia starego w nowe, w tym przypadku niszczenia terenów wiejskich i enklaw przyrody pod zabudowy w postaci kopalń, hut i elektrowni. Żeby je postawić potrzebne były puste przestrzenie. Kiedy po latach inwestycje splajtowały, puste tereny wróciły, tyle że straszące szkieletami pozostawionych obiektów będących niegdyś symbolami postępu. Polecam. Piotr Kitrasiewicz