Autor: Krzysztof Potaczała Wydawnictwo Znak Horyzont
Wilki żyły w Polsce od wieków, w stopniu o wiele większym niż w krajach zachodnich. Ich największe skupiska znajdowały się na terenie Bieszczad, a nazwy niektórych miejscowości nabierały iście wilczego charakteru, na przykład wioska nad zalewem solińskim o nazwie Wołkowyja, nazywała się początkowo z polska Wilki Wyją. Nieprzypadkowo również nazwa znanego polskiego filmu przygodowego z lat sześćdziesiątych zrealizowanego w konwencji westernu, zatytułowanego „Wilcze echa”, rozgrywa się właśnie na bieszczadzkich połoninach. Wilka bano się zawsze. Wprawdzie jego celem nie byli ludzie, ale zwierzęta, przede wszystkim hodowlane, tym niemniej stał się przysłowiowym drapieżnikiem stanowiącym zagrożenie dla wiosek oraz podróżnych. Jednocześnie zwierzę to cieszyło się złowrogim szacunkiem ze względu na siłę, drapieżność i umiejętność cichego skradania się do swoich ofiar, co sprawiło, że wiele rodów szlacheckich obierało sobie wilka jako wizerunek w herbie.
Książka zawiera wiele opisów starć człowieka z wilkiem, zawsze w obronie zwierząt z zagród i pól. Wilcze stada lub pojedyncze sztuki napadały na pasące się owce, a kiedy uzbrojeni w kije pasterze występowali w obronie trzody dochodziło do krwawych walk, w których rany odnosiły obie strony. Człowiek zwykle zwyciężał w tych potyczkach, bo pasąc owce miał za sprzymierzeńca swojego największego przyjaciela ze świata zwierząt, a mianowicie psa, i to silnego, szybkiego, pasterskiego. A w dwudziestym wieku do obrony przed drapieżnikami doszła myśliwska broń palna. Siłą lupusa są jego zęby. Dorosły osobnik ma ich czterdzieści dwa. Przednie – siekacze – służą do ogryzania mięśni od kości, a kły do przytrzymywania i uśmiercania ofiary. Z kolei przedtrzonowce działają niczym nożyce, bo tną mięso na mniejsze kawałki. Są jeszcze łamacze, zęby duże, mocne, podłużne, zdolne kruszyć kości. No i trzonowce, których rola w procesie uśmiercania jest zdecydowanie końcowa, bo ofiara rozstała się już z życiem. Trzonowce służą bowiem rozdrabnianiu pokarmu, żeby wilk mógł go przeżuć i zaspokoić swój wilczy apetyt.
Właśnie – wilczy apetyt. To jedno z przysłów, którego podmiotem jest bohater tej książki. Inne to – przykładowo – „Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”, „I wilk syty, i owca cała”, „Natura ciągnie wilka do lasu”, a przede wszystkim „Człowiek człowiekowi wilkiem”. To ostatnie wprawdzie sporo utraciło na znaczeniu w obrazie poczynań rodzaju ludzkiego, choćby w samym dwudziestym wieku, a opisy okrucieństw do których zdolny jest człowiek sprawiły, że powstała – nieoficjalna wprawdzie – ironiczna parafraza tego przysłowia brzmiąca „Wilk wilkowi człowiekiem”. Po raz pierwszy status prawny wilka w Polsce ujęto w roku 1927. Uznano go za zwierzę łowne, a jednocześnie bardzo szkodliwe, które należy tępić wszelkimi sposobami, i oczywiście bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji. W PRL-u, a konkretnie w 1955 roku, rozpoczęto wprowadzanie w życie programu kontroli liczebności wilków, co wiązało się zakrojonymi na szeroką skalę działaniami eksterminacyjnymi, jak odstrzeliwanie, trucie czy chwytanie we wnyki. Nowy stosunek prawny do tego drapieżnika ukształtował się w roku 1992, kiedy wojewoda poznański objął na swoim terenie wilka ochroną.
W 1995 roku minister ochrony środowiska rozszerzył ją na inne województwa, z wyjątkiem suwalskiego, przemyskiego i krośnieńskiego, a w 1998 wilka objęto ścisłą ochroną na terenie całej Polski. Ministrem, który podpisał to rozporządzenie był Jan Szyszko. Książka Krzysztofa Potaczały jest pasjonującą lekturą, niewątpliwie o wymowie ekologicznej, pełnej empatii dla gatunku lupus canis, ale i mocno wyważonej, bo nie cofającej się przed drastycznymi opisami zabójczych poczynań wilków. Dużo miejsca zajmują opisy walki człowieka z wilkiem, zwłaszcza w czasach Polski Ludowej, kiedy panowało przyzwolenie zarówno społeczne, jak i administracyjne, co do odstrzału tego zwierzęcia. Zajmowały się tym leśnictwa oraz związki łowieckie, przy czym korzystano z pomocy ochotników, myśliwych amatorów, którym państwo płaciło spore pieniądze za udział w polowaniu. Kwoty sięgały nawet tysiąca złotych w czasach, kiedy przeciętne wynagrodzenie urzędnika wynosiło 300-400 zł. Polecam. Oprawa miękka, klejona. Piotr Kitrasiewicz