Autor: Russell Hoban
Wydawnictwo: ArtRage
Nareszcie, czterdzieści sześć lat po premierze oryginału, świetny pisarz i tłumacz Piotr Siemion przybliżył polskiemu czytelnikowi powieść, którą w świecie anglojęzycznym uznaje się za klasykę postapokaliptycznego science fiction. Było to z pewnością zadanie niełatwe, wymagające nie tylko umiejętności, ale także wyobraźni i niemałej dozy literackiej brawury. Bynajmniej nie najważniejszą, ale za to od razu rzucającą się w oczy warstwą powieści Russella Hobana jest bowiem jej bardzo specyficzny język – nieortograficzny, popsuty, jakby prymitywny, ale przy tym całkiem logiczny. W świecie „Riddleya Walkera” język został tak samo pokiereszowany przez nuklearną apokalipsę, jak i cała ludzka cywilizacja. Pierwszy rzut oka na powieść z pewnością nie należy więc do łatwych – czy w ogóle mamy tu do czynienia z językiem polskim? W lepszym zrozumieniu, co właściwie mówi narrator pomaga – tak jak radzi tłumacz we wstępie – przeczytanie kilku pierwszych stron na głos. Kiedy już czytelnik przyzwyczai do języka powieści, lektura zaczyna mu iść o wiele płynniej, ale oczywiście mimo to „Riddley Walker” nie jest najłatwiejszą w odbiorze książką.
Ale uwaga: ogromnym błędem byłoby w tym przypadku zatrzymanie się wyłącznie na wierzchniej, językowej warstwie książki. „Riddley Walker” jest bowiem przede wszystkim porywającą opowieścią – rojącą się od zapadających w pamięć scen, przepełnioną ciężką, mroczną atmosferą, ale z drugiej strony miejscami niesamowicie zabawną. A do tego jeszcze podszytą autentyczną filozoficzną głębią. Nic dziwnego, że w świecie literatury anglojęzycznej wymienia się ją jednym z tchem obok takich klasyków dystopijnej literatury jak „Władca much” Williama Goldinga czy „Mechaniczna pomarańcza” Anthony’ego Burgessa. O „Riddleyu Walkerze” mówi się także – i chyba słusznie – że bez niego nie byłoby na przykład takiego ikonicznego dla światowej popkultury filmu jak „Mad Max”.
Akcja powieści toczy się dwa tysiące lat po atomowej zagładzie na terenie dzisiejszej Anglii. Ludzie żyją głównie w małych społecznościach łowiecko-zbierackich, jednak wszystko wskazuje na to, że są u progu transformacji w stronę bardziej osiadłego, rolniczego trybu życia. Czasami odnajdują tu i ówdzie szczątki dawnej cyfrowej cywilizacji, ale mają o niej tylko bardzo ogólną wiedzę – wiedzą na przykład o tym, że kiedyś istniały maszyny, które poruszały się po niebie, że ich dalecy przodkowie mogli oglądać na szklanych ekranach poruszające się postacie i że bardzo dużo wiedzieli o liczbach. Wszystkie te informacje toną jednak w mrokach zapomnienia i wymieszane są z pomagającą zrozumieć świat sferą mitu. Ludzie zasiedlający świat powieści Hobana żyją w sposób, który my możemy nazwać prymitywnym – wprawdzie są niepozbawieni pewnej mądrości, ale jak dotąd byli zdolni do stworzenia zaledwie zrębów cywilizacji (ich rozumienie świata wciąż zanurzone jest w świecie natury, legend i mitów). Riddley Walker, czyli główny bohater powieści, ma dwanaście lat, więc w świecie przedstawionym w powieści właśnie wchodzi w dorosłość. W swojej społeczności ma zostać kimś na kształt kapłana, jednak zamiast po prostu przejąć tę rolę po swoim ojcu, chłopak wyrusza w nieplanowaną wcześniej wędrówkę po wiedzę. Wędrówka ta będzie kręta, a dokąd go ona doprowadzi – tego niech dowie się już czytelnik, który sięgnie po powieść.
„Riddley Walker” to powieść niełatwa, ale wybitna – a osobiście rzadko używam tak mocnych słów. Oczywiście wysoki próg wejścia jak najbardziej może sprawić, że nie przyciągnie ona mnóstwa czytelników – sądzę jednak, że warto dać im szansę i pozyskać ją do bibliotek, zwłaszcza stołecznych. Jest zwyczajnie zbyt dobra, by można ją było pominąć w rekomendacjach.