Śmierciologia

Autor: Max Czornyj                                                  Wydawnictwo Filia

Jest to książka niewątpliwie historyczna, tyle że dzieje, jakie opisuje, dotyczą śmierci. Jej wpływu na ludzkie życie, swoistej fascynacji, sposobów oszukania czyli znalezienia cudownego leku na przedłużanie życia, portretów trumiennych, wreszcie samych trumien. Bo te ostatnie bywały różne, na przykład mające uchronić przed pochowaniem żywcem, a więc zawierające urządzenia alarmujące za pomocą dzwonków, że delikwent obudził się z letargu i domaga się odkopania grobu, jak również chroniące trumny przed wykopaniem za pomocą żelaznych krat. To ostatnie służyło ochronie zwłok przed wykradzeniem, co czyniono wielokrotnie w dziejach Europy, a w Anglii i Szkocji działały nawet specjalne gangi zajmujące się tym procederem. Trupy stanowiły bowiem interesujący towar dla medyków i anatomów, którzy dzięki sekcjom poznawali lepiej wnętrze ludzkiego ciała, co przekładało się na rozszerzanie wiedzy naukowej.

Działalność jednego z takich gangów, na czele którego stał niejaki William Burke z Edynburga, opisuje autor z detalami i czyta się to niczym powieść sensacyjną z pogranicza horroru. Burke i jego wspólnicy dobrze zarabiali, bo medycy słono płacili za dostarczane zwłoki, pod warunkiem, że były one jeszcze świeże, to znaczy nie dotknięte procesem rozkładu. A kiedy zwłok brakowało, mister Burke i jego ludzie zabijali osoby starsze oraz nie posiadające rodzin, korzystając ze współpracy z właścicielami pensjonatu dla ubogich. W końcu jednak szydło wyszło z worka i zabójcy stanęli przed sądem w 1828 roku. William Burke skończył na szubienicy.

A że historia lubi się powtarzać, aczkolwiek w uwspółcześnionej postaci, świadczy chociażby fakt podobnego procederu na naszym polskim gruncie jakieś ćwierć wieku temu. Sanitariusz i lekarz karetki pogotowia z Łodzi otrzymywali pieniądze od właścicieli niektórych firm pogrzebowych za informacje o zgonach w szpitalu. A kiedy zgonów było za mało, sami je wywoływali aplikując pacjentom w karetkach niebezpieczny lek zwiotczający mięśnie, po którym chorzy umierali. Proceder ten przeszedł do historii polskiej kryminalistyki jako sprawa „łowców skór”. Jednym z elementów opisywanych przez autora są rodzaje śmierci władców i w ogóle koronowanych głów. Z detalami zagłębia się on w agonię Napoleona Bonaparte na wyspie świętej Heleny, który umierał w torsjach, odchodach i oparach z nietrzymanego moczu. Pisze o pewnej księżnej, której z przejedzenia eksplodowały jelita; o carze Piotrze I Wielkim umierającym w niewyobrażalnych bólach na gangrenę; o polskim królu Stanisławie Leszczyńskim, który spłonął żywcem, po tym jak lekarze zaaplikowali mu owijanie się w nasączone alkoholem tkaniny, a on podszedł za blisko kominka. Innym elementem są rytualne składania ofiar z ludzi praktykowane w dziejach świata na wszystkich kontynentach.

Pisze o kobietach – zabójczyniach, z biblijną Judytą na czele, która doprowadziła do śmierci wodza wojsk asyryjskich, o szerokim wachlarzu trucizn jakimi posługiwano się w celach politycznych i osobistych, o seryjnych mordercach – w tym o Kubie Rozpruwaczu, który wysyłał do Centralnej Agencji Prasowej w Londynie informacje o tym co zamierza zrobić w najbliższych dniach, na przykład wypatroszyć jakąś prostytutkę, albo przynajmniej uciąć jej ucho, po czym dokonywał tego i nigdy go nie pochwycono. Pisze również o ludziach cierpiących na tafefobię czyli lęk przed pochowaniem żywcem. Cierpiał na nią między innymi Hans Christian Andersen oraz Mikołaj Gogol. W przypadku tego drugiego są podstawy do stwierdzenia, że zanim umarł faktycznie przeszedł przez piekło męki po obudzeniu się w trumnie. W testamencie wyraził wolę, żeby pochowano go dopiero, gdy na jego ciele pojawią się ślady rozkładu. Nie dopełniono jednak tego życzenia.

Kiedy w 1852 roku Gogol popadł w depresję, spalił część rękopisów, nie jadł przez dziewięć dni i w końcu stracił przytomność, uznano, że zmarł i pochowano go w Monasterze Daniłowskim. W kilka dekad później bolszewicy niszcząc ten obiekt postanowili przenieść szczątki pisarza na cmentarz Nowodziewiczy. Po otwarciu trumny okazało się, że kościotrup spoczywa nie na plecach, jak ułożono zwłoki, lecz na brzuchu. Aż dreszcz przechodzi, kiedy się o tym czyta. Książka przypomina momentami bardzo mroczny kryminał, tym bardziej, że autor fabularyzuje niektóre fragmenty zaopatrując je w bliskie beletrystyce dialogi i opisy działań postaci. Rzuca się przy tym w oczy swoista fascynacja Maxa Czornyja przekazywanymi tematami. Książka epatuje śmiercią na różne sposoby i jako taka szybko staje się mocno przygnębiająca. A przy pewnych fragmentach robi się mocno niedobrze, zarówno na psychice, jak i na żołądku. Podsumowując: „Śmierciologia” jest wymarzoną lekturą dla miłośników klimatów kostnicowych. I tylko dla nich. Oprawa miękka, klejona. Piotr Kitrasiewicz