Śpiątko

Autorka: Julia Śliwowska                                        Wydawnictwo JanKa

„Nie istnieje wszak to, co się nie śni” śpiewał Jacek Kaczmarski w utworze „Bob Dylan”. Sen ma w sobie coś z magii, gdy przestaniemy doceniać jego znaczenie (również to metaforyczne), tracimy ważną cząstkę, żyjemy w zasadzie z pominięciem metafizyki. Na pewno istnieje natomiast bezimienna bohaterka powieści „Śpiątko”, dla której sen jest… wszystkim. Jest wszystkim również dla tworzywa tej książki. „Śpiątko” stanowi drugą z rzędu po „Rubi” Damiana Jankowskiego krótką powieść w ofercie Wydawnictwa JanKa, które coraz śmielej stawia na młodych autorów. Julia Śliwowska (rocznik 1998) przy Damianie Jankowskim, urodzonym w 1992 roku, wydaje się już zupełnie młodą osobą. Nie będę wspominał jak bardzo młodą wydaje się z perspektywy urodzonych jeszcze w latach 80.

W „Rubi” świat przedstawiony opowiedział w czasie rzeczywistym mężczyzna. Mówił do kobiety prowadzącej samochód. O nim dowiedzieliśmy się mnóstwo, o niej niewiele, właściwie nic. Męska, choć subtelna, perspektywa wyjaśnia w jakimś sensie w „Rubi” połowę współczesnego świata. Na szczęście „Śpiątko” jest kobietą. Narrację prowadzi dziewczyna po licencjacie z filologii polskiej, zaczyna długie wakacje, ale dobrze wie, że nie wie, co dalej. Nie pracuje (w sumie jeszcze nie musi; ma ten komfort), mieszka z rodzicami, u jej boku czasem stoi partner o imieniu Norman. Niemniej status związku w mediach społecznościowych należałoby określić jako „skomplikowane”. Mimo że „Norman obroni: przed ludźmi, przed policją, przed gwałcicielem i niedźwiedziem”, żadne ze związkowiczów nie ma pewności co do bliskiej nawet przyszłości tej romantycznej relacji. Schodzą się, rozchodzą. Jak ludzie. Ale czy jak ludzie dorośli? Ile czasu trzeba dziś, aby w pełni dojrzeć, aby ukończyć kurs inicjacji?

Można chyba odczytać „Śpiątko” jako antytezę powieści rozwojowej, mimo że zadatki na ten gatunek w tekście wyraźnie widać, ale co z tego, skoro mamy do czynienia z tak słaniającą się na nogach pierwszoplanową postacią. Ona dusi w zarodku praprzyczynę rozwoju, zatrzymuje się w pół gestu, w pół słowa, w pół kroku. Ale może w współczesnym świecie to konieczność? Czy aby rzeczywistość nie wymusza poddania, walkoweru na wrażliwej protagonistce? Jej ograniczenia nie wzięły się z sufitu. Bohaterka reprezentuje zniewoloną starszą młodzież i młodych dorosłych, których nikt nie nauczył dostrzegania zielonych świateł. Dziewczyna podejmuje niby walkę o własną podmiotowość, ale nawet w tym preferuje formę ucieczki w absurd (niekiedy sztucznie wywoływany), który przynosi chwilowe ukojenie, ale realnie niczego nie zmienia. Ów absurd autorka świetnie wymyśliła, wyposażając bohaterkę w materac na kółkach. Teraz spać można zawsze i wszędzie. Nasze tytułowe „Śpiątko” pragnie bowiem snu z prawdziwego zdarzenia, snu na miarę mistrzostwa świata, wyzwolenia i śmierci.

Wiele fragmentów tłumaczy takie wycofanie. „Śpiątku” daleko do szczęścia i sama na taki stan rzeczy nie zapracowała. Jeśli czytelnicy starsi od Julii Śliwowskiej – wystarczy około dziesięciu lat więcej wzwyż – chcą poznać młodsze pokolenia, powinni sięgnąć po „Śpiątko”. Jeśli czytający rodzice, pragną lepiej zrozumieć swoje uwięzione w rodzinnych gniazdach duże dzieci, winni zrobić to samo. Narratorka mówi biegle potokiem słów, który prawdopodobnie dla wielu jest równoznaczny z językiem obcym. Taką komunikację znajdziemy w Internecie, w najnowszych programach rozrywkowych. Śliwowska mocno tkwi w pełnym ironii uzusie językowym młodzieży (wartość poznawczą stanowi na przykład slangowy akronim „dilf” – odpowiednik zdecydowanie bardziej znanego słówka „milf”), ale jako utalentowana pisarka nadała mu cechy języka literackiego. Bardzo dobrze, bo przecież żyjemy w epoce, w której „kilkaset stron papieru zastąpiło kilka sekund rolek na Instagramie”. W „Śpiątku” papieru za wiele nie ma, ale nie musi być go dużo, żeby i tak pięknymi słowami zadawać trudne pytania społeczne oraz diagnozować polską duszę. Oprawa miękka, klejona.