Od cepra do wariata. Felietony zakopiańskie

Autor: Rafał Malczewski                                          Wydawnictwo LTW

Rafał Malczewski, syn wybitnego malarza Jacka, Krakus z urodzenia, a z serca Zakopiańczyk, odmalował w swoich felietonach klimat i charakter polskiej stolicy Tatr okresu międzywojennego. Odmalował piórem, chociaż potrafił i pędzlem, bo po ojcu odziedziczył talent plastyczny, rozwinięty ciężką pracą jaką były studia w wiedeńskiej akademii sztuk pięknych, a następnie w pracowni rodziciela. W Zakopanem spędził obie dekady lat dwudziestych i trzydziestych, przechodząc daleką metamorfozę od tytułowego cepra czyli przybysza z nizin, człowieka obcego, którego miejscowa społeczność góralska może co najwyżej traktować jako gościa lub turystę z ograniczonym zaufaniem, do wariata, ale nie tyle osobnika chorego psychicznie, co pewnego rodzaju pozytywnego odmieńca, wzbudzającego szacunek i akceptację.

I Malczewski, angażujący się w życie Zakopanego, stał się swoistym swojakiem, kimś w rodzaju szwagra podhalańskich górali, tym bardziej, że jako człowiek światowy, utrzymujący stosunki z ważnymi postaciami Warszawy i Krakowa, pełnił rolę towarzyskiego pośrednika pomiędzy nimi, a miejscowymi notablami. Okazji było mnóstwo, bo figury przyjeżdżały do Zakopanego w sezonach zimowym i letnim, bycząc się i hałaśliwie ożywiając lokale na Krupówkach, jak również pensjonaty, które obrastały w piórka i szczycąc się coraz większą renomą za sprawą goszczących u nich nazwisk podnosiły własną jakość materialną, a przy okazji i ceny. W felietonach Malczewskiego – na okładce podpisał się jako Malczewski, co zbliżało nazwisko do sposobu wymawiania go przez prostych górali – przewija się często obraz Zakopanego z dwudziestolecia, mieściny wcale nie pięknej, o pomieszanej zabudowie i stylach architektonicznych, oświetlanej gazem lub lampami naftowym, z drewnianymi budynkami wśród których urząd gminy wyglądał nędznie i ubogo. W dodatku do wychodków trzeba było sobie pochodzić, bo miasto nie miało kanalizacji. Ale stopniowo to się zmieniało, głównie za sprawą tłumów turystów, których parcie na stolicę Tatr było tak potężne, iż chwalili sobie, kiedy właścicielka pensjonatu z braku wolnych pokojów oferowała gościowi lokum w komórce, obiecując, że to na krótko, bo rychło przeniesie go do łazienki.

Ale najciekawsze jest to, co autor pisze o przyjezdnych intelektualistach, stałych bywalcach Krupówek, ukazujących u podnóża Tatr swojego niecodzienne oblicza. Na przykład, Kornel Makuszyński był znakomitym brydżystą, mającym jednak kuriozalne, lecz niezwykle efektowne wpadki, jak przegranie rozgrywki bez czterech, i to zarówno z kontrą, jak i rekontrą. Rzeźbiarza Ksawerego Dunikowskiego nazywa Malczewski nowym gazdą z Harendy o drwiącym spojrzeniu, Sokratesem w brązowym berecie i w trepkach, prowadzącego rzadki, bo różowy okaz liptaka czyli owczarka górskiego. Pisarza Ferdynanda Goetla, również zapalonego brydżystę, nazywa autor „bojowym tankiem dojrzałych lat”, a poetę Wojciecha Bąka – „Tomkiem Sawyerem z Akwinu”. Najwięcej miejsca poświęcił Malczewski wyjątkowo hałaśliwemu i aktywnemu profesorowi Leonowi Chwistkowi, malarzowi, uczonemu, filozofowi, a nawet tancerzowi, prowokującemu ze złośliwym błyskiem w oczach namiętne dysputy intelektualne oraz dyskusje światopoglądowe.

W innym felietonie przywołuje autor Teatr Formistyczny, założony przez Witkacego jako grupa amatorska, w którym wystawił „Nowe Wyzwolenie” i „Wariata i pielęgniarkę”, zamienionego potem na „Wariata i zakonnicę”, a aktorami byli Winifred Cooper, angielska malarka i poetka oraz przyjaciel Witkiewicza, Józef Fedorowicz, kierownik zakopiańskiej stacji meteorologicznej. Felietonista opisuje nie tylko codzienność Zakopanego, ale i zdarzenia nietypowe, jak przybycie pod Tatry zbłąkanego autobusu z turystami holenderskimi. Jadący na Słowację przybysze nie wiedzieli nawet, że znaleźli się w Polsce, a miejscowe władze stanęły na wysokości zadania goszcząc zagranicznych turystów czym chata bogata i zabierając ich kolejką linową na Kasprowy Wierch. A nad granicę z Czechosłowacją towarzyszył im sam starosta, który wywalczył dla Holendrów przejście przez odprawę bez zbędnych formalności, bo nadgorliwy celnik chciał ich rozebrać do naga w ramach rewizji osobistej, bo nie wierzył, że to są to faktycznie przybysze z Niderlandów. Felietony Rafała Malczewskiego, pomimo lekko archaicznego, młodopolskiego stylu, szczególnie długo utrzymującego się w prozie i publicystyce południowej Polski, są fascynującą wizytą w dawnym Zakopanem, mieścinie, którą w drugiej połowie XIX wieku odkrył Warszawiak Tytus Chałubiński, a raczej odkopał, bo nieznana nikomu tkwiła „zakopana” u podnóża Giewontu. Polecam. Oprawa miękka, klejona. Piotr Kitrasiewicz