Autor: Ben Macintyre Wydawnictwo Almapress
W 1941 roku niejaki kapitan Herbert Buck z wojsk brytyjskich został schwytany w Afryce przez Niemców i osadzony w obozie jenieckim. Jednak dzięki temu, że biegle znał język niemiecki zdołał rok później zbiec z niewoli przebrany w mundur oficera Afrika Korps. Wyszedł przez główną bramę i poszedł w kierunku angielskich pozycji. Łatwość z jaką tego dokonał podsunęła mu pomysł, który przedstawił potem brytyjskiemu wywiadowi wojskowemu.
Chodziło o sformowanie oddziału komandosów alianckich mówiących biegle w języku wroga i przebranych w jego mundury, który po przedostaniu się przez linię frontu mógłby krążyć wśród nieprzyjacielskich oddziałów i zdobywać tajne informacje oraz wykonywać zadania dywersyjne. Otrzymawszy zgodę, Buck sformułował taki oddział, złożony z niemieckich Żydów z Palestyny, z niemieckojęzycznych Francuzów i Czechów, i poddał ich intensywnemu szkoleniu w odizolowanym obozie. Podobne działania oglądaliśmy w wielu filmach wojennych, z „Parszywą dwunastką” na czele.
Opowieść autorstwa Bena Macintyre`a jest w całości oparta na faktach i relacjonuje dzieje i osiągnięcia bojowe Specjalnej Służby Powietrznej, w skrócie SAS, która z niewielkiego oddziału szturmowego rozwinęła się w budzącą postrach jednostkę do zadań specjalnych w II wojnie światowej, stając się podstawą i pierwowzorem nowoczesnych służb skrytobójczych na całym świecie. Ale to nie kapitan Herbert Buck stal się ich twórcą, ale porucznik David Stirling, bardzo wysoki i z wysokich progów pochodzący potem wpływowego rodu szkockiego, mającego swoich przedstawicieli w rządzie i elitach Londynu w okresie przedwojennym. Stirling, który nie miał w dotychczasowym życiu żadnych kłopotów osobistych, poza tymi, które sam wywoływał, bo źle się prowadził, co robił z nudów, bo sens jego życiu nadawały biesiady i zabawy, leżąc z szpitalu polowym ze złamaną kończyną, wpadł na genialny pomysł.
Taki sam jak kapitan Buck, z tym, że Stirling był pierwszy, bo nastąpiło to w 1941 roku, kiedy Buck znajdował się w obozie jenieckim. Tak powstała SAS, wcielona w życiu po wielu oporach ze strony przełożonych Stirlinga, uznających powołanie takiej formacji za złamanie wojennej etyki, jak również zasad prowadzenia wojny. Dopiero decyzja premiera Winstona Churchilla przesądziła sprawę. Oddziały SAS składały się ze świetnie wyszkolonych, płynnie mówiących po niemiecku, a przy tym bezwzględnych i pozbawionych skrupułów pustynnych wojaków, bo przez pierwsze dwa lata komandosi ci działali na terenie afrykańskim. Dopiero w 1943 roku, po przepędzeniu wojsk Osi z Czarnego Lądu i przeniesieniu teatru wojny na teren europejski, mogli się wykazać na Starym Kontynencie. Wbijali nazistom nóż w plecy, kiedy alianci dokonywali desantu na Sycylii, a następnie szli z południa na północ półwyspu apenińskiego; kiedy otworzyli drugi front we Francji w czerwcu 1944 roku, wreszcie kiedy weszli na teren Trzeciej Rzeszy.
Nawet nimi, tak bardzo odpornymi na okrucieństwa wojny mężczyznami, wstrząsnęło to, co zobaczyli w wyzwalanych obozach hitlerowskich, zwłaszcza w Bergen-Belsen. Książka trzyma w napięciu, bo autor napisał ją z beletrystycznym zacięciem. Materiał, na którym się oparł, a zdobywał go przez lata pokonując opory polityków i urzędników, nie zainteresowanych ujawnianiem zawartości archiwów i ułatwianiem kontaktu z osobami służącymi niegdyś w SAS oraz ich potomkami. A kiedy już miał na czym pracować, uczynił z historycznego, opartego na faktach materiału, pasjonujący reportaż z lat 1941-1945, który można by szyderczo zatytułować: „Gry i zabawy za plecami wroga”. Przy czym wiele z tych drastycznych czynności wykonywano z typowym angielskim wdziękiem i zachowaniem norm kultury. Kiedy jeden z oddziałów miał wysadzić niemiecki skład paliwa na pustyni, wystarczyło dwóch żołnierzy z pistoletami maszynowymi, żeby unieszkodliwić jego służbę wartowniczą, nie spodziewającą się zagrożenia w oddaleniu 800 km od linii frontu. Kilkunastu żołnierzy wroga znajdowało się w kantynie, do której weszło dwóch Anglików w niemieckich mundurach i z bronią w ręku. Jednym z nich był znany przed wojną z licznych zdjęć prasowych i kronik filmowych sportowiec. Anglicy powiedzieli grzecznie: „Dobry wieczór”, po czym otworzyli ogień, siekąc jedzących kolację i grających w karty hitlerowców. Polecam. Oprawa miękka, klejona. Piotr Kitrasiewicz