Autor: William Alexander Wydawnictwo Feeria
Jest to książka o podążaniu dziejami tytułowego czerwonego warzywa przez amerykańskiego reportera. William Alexander porusza się po półwyspie apenińskim wynajętym samochodem, a towarzyszy mu w tej wędrówce niejaka Anna, której zadedykował swoją pracę. Potem objeżdża rozległy teren ojczystych Stanów Zjednoczonych, mających w czasach współczesnych więcej do powiedzenia w temacie pomidora niż Europa, chociaż nie zawsze w pozytywnym kontekście. Zbiera materiały, rozmawia z hodowcami, botanikami i lokalnymi urzędnikami do spraw rolniczych. Kiedyś nazwanie pomidora warzywem było mocno dyskusyjne, bo niektórzy przyrodnicy uważali go za owoc.
Stało się to nawet przedmiotem sprawy sądowej w Ameryce Północnej, kiedy jednemu panu pomidor w czymś zawadził, a miał umowę z firmą obejmującą ubezpieczeniem wszelkie warzywa, z kolei pozwany próbował dowieść na wokandzie, że jest to owoc, a więc podmiot nie wchodzący w zakres ubezpieczenia. Głos zabierali botanicy przedstawiając argumenty na rzecz jednej lub drugiej strony, co wprowadzało spory zamęt i przemieniało się w rodzaj dysputy przyrodniczej, tyle, że coraz bardziej mętnej, a gazety miały uciechę, gdyż czegoś takiego jeszcze nie relacjonowały. Sąd jednak ustalił jednogłośnie, że pomidor jest warzywem, a nie owocem, i tak powszechnie mniema się do dzisiaj. Przywędrował do Europy z Meksyku razem z konkwistadorami i hodowali go Włosi, głównie w Neapolu i Pizie, począwszy od szesnastego wieku, z tym, że na stoły trafił w celach konsumpcyjnych dopiero w pierwszej połowie wieku osiemnastego. Stało się tak dlatego, bo przez pierwsze trzy stulecia uważano go za sadzonkę trującą, pokrewną belladonie.
Dopiero w okresie Romantyzmu przekonanie to uległo gruntowej rewizji. Pomidor wraz ze swoimi wartościami witaminowymi, a więc zdrowotnymi coraz częściej trafiał na stoły konsumentów. Z czasem eksploatowano go coraz bardziej, jako dodatek do sałatek, pizzy oraz materiał na sos do spaghetti, do potraw fasolowych (np. fasolki po bretońsku czy w sosie pomidorowym), no i jednej z najpopularniejszych zup, jaka stała się poczciwa pomidorówka. Pomidor zrewolucjonizował przemysł żywieniowy stając się przedmiotem hodowli szklarnianych na niewyobrażalną skalę, chociażby w amerykańskim stanie Ontario, obiektem rywalizacji pomiędzy koncernami, a nawet organizacjami mafijnymi inwestującymi i ciągnącymi zyski z masowej produkcji coraz to nowych odmian. A jedną z takich jest pomidor z Florydy, mający zadziwiająco złą reputację, wyśmiewany i oczerniany na wiele sposobów od mniej więcej pół wieku. Dlaczego? Bo stał się konkurencją dla rynku.
Na Florydzie pomidory produkuje się masowo bez potrzeby zakładania gigantycznych przestrzeni szklarniowych. I na przestrzeni trzech sezonów, od jesieni aż do późnej wiosny, a nawet wczesnego lata Floryda dostarcza je w ogromnych ilościach i po niskiej cenie całym sieciom supermarketów. A ich ośmieszanie i demonizowanie wynika też z faktu, iż pod względem smakowym są rzeczywiście gorsze od tych szklarniowych i produkowanych pod gołym niebem w sezonie letnim. Autor nazywa je nawet „uosobieniem bezsmakowej i pozbawionej duszy żywności fabrycznej”. Zrewolucjonizowały jednak sposób odżywiania się Amerykanów trafiając do fast foodów jako elementy produkowanej przez nie żywności masowo pochłanianej przez klientów. A na pomidory naturalne mogą sobie pozwolić tylko konsumenci o zasobnych portfelach, przynajmniej w USA. Szukając odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że odmiana tego warzywa, charakteryzująca się mdłym smakiem i mączystą konsystencją, przypominającymi styropian i tekturę, stała się najczęściej jedzonym rodzajem pomidora, autor wyruszył na Florydę. Rozdział, w którym opisał wyniki swojej reporterskiej dociekliwości, nosi tytuł „Kto zabił pomidora?”. I pomyśleć, że w pierwszych wiekach obecności pomidora na naszym kontynencie ludzie posługiwali się nim wyłącznie w celach zaczepnych, ciskając warzywem w twarze przeciwników i pozostawiając na nich ślady bardziej dosadne niż argumenty słowne. Dla zainteresowanych tematem. Oprawa miękka, klejona. Piotr Kitrasiewicz