Autor: Wojciech Lada Wydawnictwo Skarpa Warszawska
Jest to kolejna pozycja ukazująca się w stulecie zamachu majowego. Rzuca ona sporo nowego światła na ten zbrojny fakt historyczny, bowiem Wojciech Lada posłużył się innym kluczem niż poprzedni autorzy, skupiając się na okrucieństwie samych działań wojennych. Jego bowiem zdaniem to, co wydarzyło się w stolicy w dniach 12-15 maja 1926 roku, było regularną bitwą, a nie puczem czy zamachem stanu.
Te dwa ostatnie określenia są w jego mniemaniu zbyt łagodne, bo nad Wisłą polała się krew porównywalna ze skutkami wcześniejszej o 6 lat bitwy z bolszewikami, którzy o mały włos nie zajęli Warszawy, w ostatniej chwili rozbici manewrem znad Wieprza, przypisanym Piłsudskiemu, a w rzeczywistości współtworzonym przez innych sztabowców, z generałem Rozwadowskim na czele. Porównując obie bitwy nazywane przez Ladę „warszawskimi” uważa on, że ta sprzed stu lat była bardziej niszcząca dla miasta, które ucierpiało o wiele mocniej w infrastrukturze niż na skutek najazdu czerwonej armii. I ma rację, aczkolwiek wynika to z prostych faktów odparcia najeźdźcy zanim zdążył on przekroczyć Wisłę i dostać się do głównej, lewobrzeżnej części stolicy.
Porównując przygotowania do obrony wiślanych mostów autor stwierdza, że gdyby w sierpniu 1920 roku równie lekceważąco potraktowano ich zabezpieczenie jak w maju 1926, to bolszewicy przeszliby przez środkową i zachodnią Polskę jak nóż przez masło i zatrzymali dopiero w Berlinie. Opisując udział Marszałka w zamachu majowym w książce napotykamy co rusz na krytykę jego postaci, zarówno jako wojskowego, jak i człowieka, co zresztą aż nadto często zazębia się. Autor zgadza się z innymi historykami, że Piłsudski liczył do ostatniej chwili, że obejdzie się bez użycia siły, bo główny postulat opozycji dotyczył odwołania znienawidzonego przez dużą część społeczeństwa, w tym całą lewicę, rządu Wincentego Witosa. Ale prezydent Wojciechowski uparł się, że nie ustąpi i nakazał wojskom rządowym stawienie oporu.
No i krew polała się, przy czym początkowo siły zbrojne stojące po stronie demokratycznego państwa polskiego wykazywały się zdecydowaną przewagą, właśnie dzięki silnemu obsadzeniu głównych mostów. Kiedy Legioniści przedostali się jednak na lewy brzeg przez most praski, i tak dalecy byli od zwycięstwa, bo śródmieście stolicy zajmowały wojska przeciwnika. Ale popełnione przez wojska rządowe błędy, z których najgorszym w skutkach było niezrozumiałe wycofanie się z centrum miasta w ciągu pierwszej nocy, spowodowały, że Piłsudski natychmiast uderzył, i pomimo nocnych ciemności przejął inicjatywę. Obie strony walczyły zażarcie. Była to prawdziwa wojna domowa, bo żołnierze strzelający do siebie nosili te same mundury i byli wierni Polsce, chociaż ich dowódcy różnie tę wierność rozumieli. Początkowo panował zamęt, obie strony niechętnie i opornie otwierały ogień do siebie nawzajem. Szybko jednak wziął górę typowy instynkt wojenny i zapomniano o narodowym i społecznym pokrewieństwie. Strona przeciwna stała się wrogiem, którego należało zabić, żeby samemu nie zginąć. Wtedy to również Warszawa dostąpiła pierwszych w swojej historii lotniczych bombardowań z powietrza, nie licząc ładunków zrzucanych przez sterowce w czasie I wojny światowej, i to bombardowań zbrodniczych. Wojciech Lada bowiem opisuje rozliczne przypadki rażenia bombami cywilnych budynków i ostrzeliwania przez lotników z karabinów maszynowych ludzi na ulicach.
Legioniści nie zdołali przejąć lotnisk i powietrzne siły zbrojne pozostały w rękach rządu. Na jego rozkaz lotnicy mieli bombardować i ostrzeliwać buntowników, ale w praktyce robili to na tyle niecelnie i niefrasobliwie, że dostawało się zwykłym warszawiakom. A od walk ulicznych, zwłaszcza od pocisków artyleryjskich i serii z ciężkich karabinów maszynowych ucierpiały ściany budynków a z okien wylatywały szyby. Wśród ulic, o których pisze Lada, że zostały poszatkowane przez kule, znajdowała się również Koszykowa, autor nie wspomniał jednak, czy ucierpiał budynek Biblioteki. Na plus zwycięzców trzeba zapisać, że po objęciu władzy błyskawicznie przystąpili do usuwania szkód i wypłacania odszkodowań. I dokonali tego sprawnie, po wojskowemu. Ofiarom obu stron wyprawili honorowe pogrzeby, nie dokonali czystki w wojsku, a nielicznych uwięzionych wypuścili najpóźniej po roku. Inna rzecz, że gen. Rozwadowski wkrótce zmarł na wolności wycieńczony pobytem w wileńskim więzieniu, gen. Malczewski w histerycznym płaczu błagał Marszałka o wybaczenie, a gen. Zagórski zaginął i do dzisiaj nie wiadomo, co się z nim stało. Piłsudski nie był mściwy.
Autor często pisze o jego megalomanii: chciał żeby go uwielbiano i czerpał siłę z tego przekonania. Dlatego nie pchał się do stanowisk, bo nie musiał. Jego zdanie, jako osoby prywatnej z Sulejówka, i tak było najważniejsze. Zwłaszcza, że miał po swojej stronie fanatycznie mu oddanych Legionistów, a po zamachu majowym również resztę wojska, z którym obszedł się aż nadto wspaniałomyślnie. Był na tyle silny, że nie zlikwidował wolności prasy, aczkolwiek cenzura potrafiła być surowa. Tym niemniej o wielu trudnych dla władzy sprawach wolno było pisać mniej lub bardziej otwarcie, w tym o zaginięciu Zagórskiego, przy czym reporterzy wielu dzienników prowadzili nawet w tej kwestii własne śledztwa dziennikarskie. Zdaniem Lady był to najbardziej krwawy przewrót w Europie w dwudziestoleciu. Zginęło ponad 400 osób, żołnierzy i cywilów, przy czym ofiary wśród tych ostatnich były najczęściej przypadkowe. Polecam. Oprawa miękka, klejona. Piotr Kitrasiewicz