Autor: Witold Horwath Wydawnictwo JanKa
Po okresie udanych debiutów prozatorskich (m.in. Damian Jankowski z „Rubi” i Julia Śliwowska ze „Śpiątkiem”) wydawnictwo JanKa postawiło na znane nazwisko, a tak naprawdę na znany pseudonim. Witold Horwath (właściwie Witold Łagowski; poprzednio na liście nowości: „Generał zemsty”, P. 7/2024) to uznany pisarz i scenarzysta. W latach 90. zasłynął takimi powieściami jak „Święte wilki” i „Seans”, a także scenariuszami do dwóch pierwszych sezonów serialu „Ekstradycja” – chyba bardziej pamiętanych, przełomowych niż sezon trzeci. Z bardziej nam współczesnych tytułów warto wspomnieć o scenariuszu do „Ogrodu Luizy” w reżyserii Macieja Wojtyszki (premiera 2008).
Na tym pora zakończyć zarys sylwetki autora „Git-many”. Krótko mówiąc, mamy do czynienia z twórcą z dorobkiem zakorzenionym w pewnym sensie w świadomości zbiorowej – przynajmniej widzów „Ekstradycji”, choć ci niekoniecznie znają nazwisko scenarzysty, ale w sekundę na dźwięk tytułu wyobrażają sobie twarz Marka Kondrata jako Olgierda Halskiego. Scenarzystów można porównać do basistów – trzeba mieć dobre ucho, aby usłyszeć i zrozumieć ich rolę. Nie ulega wątpliwości, że Horwath pełną podmiotowość zyskuje w prozie, segmencie twórczości jednoznacznie przypisanym do niego. W „Git-manie” przedstawia się jako indywidualista ze świetnym piórem oraz konceptem fabularno-formalnym.
Dedykacja brzmi: „Koleżankom i Kolegom z podstawówki”. Łatwo wskazać lata,
w jakich twórca (rocznik 1957) uczęszczał do szkoły podstawowej. „Git-mana” to hymn o życiu określonej grupy społecznej – sugestywnie reprezentowanej przez kilka postaci – na przełomie lat 60. i 70., następnie przez całą przerwaną dekadę Edwarda Gierka, z zahaczeniem
o Solidarność, strajki studentów w 1981 roku, echa stanu wojennego i przeskok w czasie do pierwszych lat po transformacji ustrojowej. Kawał czasu z bezpośrednim udziałem bohaterów. Pora ich przedstawić: Irena, Joasia, Marek.
Oto trójka narratorów, świadków i uczestników wydarzeń mniejszych/większych, często dramatycznych, które w powieści układają się w całe ciągi osobistych przełomów – czasem powiązanych z żarem ciała, czasem z tym, co akurat dzieje się w kraju, ale w znacznie mniejszym stopniu niż na przykład w JanKowej trylogii historycznej autorstwa Magdaleny Mosiężnej-Graty („Maryla i Debora”; „Cień Maryli”; „Rozstania Maryli”). Ten spójny wielogłos rozszerza i zaskakuje nieustannie pole widzenia czytelników. Jest dobrze użyty i uzasadniony, co przy okazji przypomina jak często bezmyślnie i nietrafnie rozbicie narracji na co najmniej dwie postaci powielają autorzy najnowszej literatury popularnej. Ale to drobna uwaga na marginesie.
Bohaterowie „Git-many” żyją raczej obok historii, a i historia od nich stroni (choć chyba do historii paradoksalnie przejść zdołali), tak aby celowo uniknąć oficjalnego potwierdzenia, że tacy wykolejeńcy wybili się na pewną niepodległość. Albowiem niesamowicie ważną postać w świecie przedstawionym stanowi Tomek Czarnecki (vel „Czarny”), starszy brat Joasi, przywódca gitów, człowiek agresywny, zbuntowany, zdolny prawie tylko do zła. Prawie, ponieważ Joasia jest dla niego odskocznią od grzechu, obsceniczności, źródłem głęboko skrywanych uczuć z, pokrętnie pojmowaną, ale jednak miłością do bliskiej osoby. Logika fabuły sprawia, że narratorzy doskonale znają się między sobą, wszyscy doskonale znają również Tomka. Irena jest nauczycielką Joasi i Marka. Z czasem staje się drugą (ale tą prawdziwą) matką, powierniczką tajemnic i bólu. Zarówno Joasia, jak i Marek nie wywodzą się z dobrych, aczkolwiek niebiednych, domów. Status materialny nie odgrywa tak ważnej roli, ale relacje między teoretycznie najbliższymi sobie ludźmi już tak. A właściwie brak relacji, czego twardym dowodem są brutalne sceny bicia rodziców przez Tomka – jak, nie przymierzając, w serialu Henryka Bielskiego „Ballada o Januszku”; przy czym powieściowej matce, niestety, bardzo daleko do poziomu człowieczeństwa serialowej Genowefy Smoliwąs.
Można powiedzieć, że Joasia i Marek wychowali się sami, trochę na ulicy, trochę wewnątrz siebie, natomiast w przerwach od tego procesu wychowywała ich Irena. Była w tym kapitalna, nauki i umiejętność słuchania tej kobiety przynosiły nadspodziewanie dobre efekty, ale miały jedną słabą stronę. Doraźność. Po wyjściu z mieszkania Ireny dzieciaki zostawały same, bo człowiek tak naprawdę do pewnego stopnia zawsze jest sam i „Git-mana” o tym przypomina: raz subtelniej, raz za pomocą mocnego uderzenia. W tym drugim wypadku najmocniej robi się we fragmentach uświadamiających wzajemne przenikanie niby sprzecznych światów. „(…) podciągnąłem Zdzisia Tyczkę z rosyjskiego i polskiego na tyle, że z obu tych przedmiotów dostał na świadectwie mocne trójki, a on w zamian nauczył mnie palić, bluzgać, a w siódmej klasie, gdy mocniej się zakumplowaliśmy, także pić”.
Celowo wybrałem ten rubaszny cytat z Marka, aby pokazać, że w „Git-manie” nie brakuje też demaskująco-odprężającego humoru, co nie zmienia faktu, że dotyka on sedna, które kryje się w przyciągającej sile, jaka cechuje zło. Marek, zanim stanie się pełnoprawnym inteligentem, będzie walczył z fascynacją mrocznym światem. Z pewnością jego historia mogła potoczyć się inaczej, gorzej. Przeważył pociąg do egzystencjalnych rozmyślań, czego zapowiedzią mogły być te juwenilia głębszej refleksji: „Chyba wiem, czemu młodym czas płynie wolno, a starym zapierdala jak gepard za gazelą. Bo do trzydziestki życie dzieli się na epoki, a epoka to z definicji coś długiego. Podstawówka, szkoła średnia, a nawet kolejne klasy to epoki właśnie, podobnie jak później studia lub wojsko. Każda inna i człowiek w niej inny (…)”.
Usprawiedliwianie zła w postaci Tomka (antybohatera pod mikroskopem) staje się szczególnym problemem i obsesją Joasi. Miłość do brata przestępcy spycha ją w rejony totalnego absurdu, szaleństwa. Wszystko z miłości. Ale jak osądzić zdolność wybaczania zła ostatecznego, progi którego Tomek przekracza z ochotą? Wybory ludzkie w „Git-manie” dla niektórych czytelników będą zagadką, dla innych lustrem, dla równolatków autora być może pamiątką, dla mieszkańców/bywalców współczesnych warszawskich trójkątów bermudzkich materiałem do analizy porównawczej.
W dużej mierze Horwath napisał powieść inicjacyjną, która w pewnym momencie – wraz z rozwojem bohaterów, postępem czasu akcji – oddaje pole innym gatunkom jak powieść psychologiczno-społeczna. Aczkolwiek uważam, że całość można odczytać również jako powieść historyczną. Talent i wiedza pisarza sprawiły, że stworzył on wręcz etnograficzny zapis z samego centrum gitowskiej rzeczywistości. Wartość poznawczo-archiwalna „Git-many” nie ulega wątpliwości, do tego ten miejscami knajacki klimat, możliwość wystąpienia objawów somatycznych przy lekturze wybranych scen, wreszcie narracja sprawiająca niekiedy wrażenie poszatkowanej czy epizodycznej, a przecież tak wewnętrznie spójna, uporządkowana – czytelnikowi nie wypada chcieć więcej. Oprawa miękka, klejona.