Autorka: Sonia Lleonart Dormua Wydawnictwo Znak Koncept
Intryga tej fascynującej powieści rozgrywa się wokół poszukiwań zaginionego obrazu Sandro Botticellego. Szukają go profesor Domenico Belletti z Galerii Uffizi, jeden z najlepszych specjalistów w zakresie konserwacji renesansowych obrazów, oraz hrabia Arnaldo Verini, potomek starego rodu florenckiego. Obaj panowie serdecznie się nie znoszą, ale łączą siły, żeby osiągnąć swój cel. Niezbędna jest im do tego pewna młoda historyczka sztuki, Carla, Włoszka pracująca w jednym z muzeów w Barcelonie. Praca nie jest satysfakcjonująca, bo jej przełożona, zawistna, przemądrzała i bezczelna osóbka w mocno średnim wieku, ciągle ją kontrolowała i przydzieliła do wykonywania mało ważnych zadań. Zagrożona zwolnieniem, z radością przyjęła przesłaną z Florencji propozycję pracy w Uffizi pod kierunkiem Belletiego, którego znała sprzed kilku lat, gdy odbywała naukowy staż pod jego kierunkiem.
Zauroczona nowym miejscem pracy i znakomitymi warunkami jakie stworzył jej profesor, przystępuje do swoich obowiązków polegających na przygotowaniu wystawy dzieł Botticellego, nietypowej, bo złożonej z jego mniej znanych obrazów. Trzeba je wypożyczyć z różnych instytucji we Włoszech i nie tylko, a niektóre odszukać. Szczególnie jeden, do czego Carla przymierza się z detektywistyczną ambicją. W Galerii poznaje nobliwego starszego pana, posiadającego ogromną wiedzę na temat artystycznego dorobku florenckiego mistrza. Jest nim hrabia Verini. On oraz Belletti uważnie obserwują Carlę i jej działania, bo przypomina im kogoś z przeszłości, od dawna nieżyjącego, powiązanego z tajemnicą tytułowej Wenus. Akcja debiutanckiej powieści katalońskiej autorki rozgrywa się w różnych miejscach i o różnym czasie. Miejscami są Florencja, Barcelona, Genua, San Gimignano, Mediolan, Rzym oraz Madryt, a czasem lata współczesne, a konkretnie rok 2023, także rok 1970 oraz – a właściwie przede wszystkim – 1475, kiedy Sandro Botticelli maluje piękną arystokratkę z rodu Vespuccich, Simonettę. Malarz właśnie zdobył sławę i poważanie obrazem „Pokłon Trzech Króli”, którym nadał rysy twarzy wpływowych, chociaż niekoniecznie godnych utrwalenia na płótnie, i to w kontekście Narodzin, florenckich możnowładców. Teraz jeden z nich, Julian Medyceusz, składa mu propozycję nie do odrzucenia: ma namalować portret Simonetty, co łamie ówczesne zasady moralne, gdyż jest ona mężatką. Ale nie takie zakazy łamał przecież w historii potężny ród Mediccich.
Mistrz Sandro zgadza się, nie wiedząc, że Julian ma w tym swój perfidny cel. Malując, przekonuje się, że wykonując zlecenie i tworząc artystyczne arcydzieło, zapuszcza się w uczuciowe sfery, do których jako ubogi artysta nie tylko nie ma prawa, ale mogą się one bardzo źle dla niego skończyć. Dowiaduje się także o rzeczach, o których wolałby nie wiedzieć, a które mogą zniszczyć ród Medyceuszy, a wraz z nimi całą Florencję. To ostatnie ostrzeżenie wyraża na łożu śmierci wobec ojca Sorvino, duchownego z Kościoła Ognissanti, któremu zleca w ostatniej woli przekazanie listu synowi Simonetty, kiedy osiągnie on dojrzałość. A także pewnego obrazu. Scena ta, rozgrywająca się 17 maja 1510 roku, wypełnia pierwszy rozdział książki, której fabuła skacze z rozdziału na rozdziału o jakieś pięćset lat.
Początkowo to nawet nieco irytuje, ale później wciąga, bo składa się na stopniowo ujawnianą tajemnicę bohaterów opowieści, rozdzielonych wprawdzie setkami lat, ale wydającymi się figurami ponadczasowymi. No i poprowadzenie akcji niejako od końca także ma swój udział w budowaniu napięcia. Sensacyjność tej powieści nie polega na szybkiej akcji oraz mnożeniu zapierających dech w piersiach wydarzeń. Fabuła toczy się powoli, a intryga rozwija się w atmosferze spokoju i liryzmu, bo nastrojowość obrazów Botticellego i w ogóle renesansowej kultury udziela się bohaterom. A także czytelnikowi. Co prawda ów spokój i liryzm co jakiś czas ujawniają swoje podskórne napięcie, co nadaje temu thrillerowi nową jakość, bliską podtekstom, znakom i szyfrom zawartym w niektórych obrazach mistrzów pędzla epoki Medyceuszów. Polecam. Oprawa twarda, szyta. Piotr Kitrasiewicz