Droga kości. Podróż śladami Gułagu

Autorzy: Ville Ropponen, Ville-Juhani Sutinen    Wydawnictwo ArtRage

 

Autorzy, dwaj reporterzy z Finlandii, wyruszyli tropem gułagów czyli tytułową „Drogą kości”, obozów pracy przymusowej, z których wracali tylko niektórzy. Zjeździli te części współczesnej Rosji, na których zachowały się pozostałości po miejscach barbarzyństwa, odbyli podróże od Wyspy Sołowieckiej do archipelagu łagrów, przez Kanał Białomorski ku Gułagowi, od Karagandy po Kołymę. W niektórych z tych miejsc powstały muzea lub izby regionalne, utrzymywane z własnych środków osób prywatnych, często byłych więźniów, lub kapryśnych dotacji państwowych, bo władze Federacji wprawdzie oficjalnie potępiają zbrodnicze poczytania dawnych komunistycznych decydentów, ale w praktyce cenią ich imperialne zapędy, co sprawia, że polityka rozliczeniowa z czasami Związku Radzieckiego, a zwłaszcza z okresem stalinizmu, pełna jest dwulicowości.

Reporterzy rozmawiali z osobami więzionymi i pracującymi w łagrach, dotarli do zapomnianych pomników, ruin i cmentarzy, a swoje doświadczenia wpisali w kontekst historii społeczeństwa rosyjskiego, bez którego bierności, o ile nie aprobaty, niemożliwa byłaby dyktatura, zarówno ówczesna, jak i obecna. Chociaż książka Ropponena i Sutinena ukazała się w roku 2019, a więc na parę lat przez agresją Kremla na Ukrainę, to zawarta w niej diagnoza Rosji jako państwa dążącego do odbudowy swojej imperialnej pozycji jest bardzo trafna. Pierwsze łagry wprowadził Władimir Lenin, ale dopiero Stalin przekształcił je w Gułagi czyli gigantyczne zespoły obozowe, swoiste państwa w państwie, rządzące się własnymi prawami i patologiczną, więzienną moralnością. Ich rozwój rozpoczął się w okresie kolektywizacji rolnictwa, a głównym trzonem zsyłanych ludzi byli chłopi buntujący się przeciwko okradaniu ich przez państwo oraz tak zwani kułacy, ci, którzy nie buntowali się wprawdzie, ale wyróżniali się pod względem materialnym na tle wioski, posiadając przykładowo konia lub dwie krowy, co stanowiło zły przykład dla reszty lokalnej społeczności, bo władze dbały o to, żeby wszyscy byli równi pod względem biedy.

Do obozów trafiali także działacze partyjni postrzegani przez sekretarza generalnego partii komunistycznej Józefa Stalina jako prawdziwi lub rzekomi przeciwnicy jego polityki, urzędnicy państwowi na których zwalał winę za wszechobecną nędzę i w ogóle wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób narazili się reżimowi. Na przykład, za opowiedzenie dowcipu o Stalinie lub innym dostojniku można było dostać od pięciu lat wzwyż w obozie pracy. Zresztą specyfika czasów stalinowskich polegała na tym, że nie trzeba było nic robić przeciwko ustrojowi, żeby trafić do łagru na zasadzie przypadkowości, na tym polegała właśnie siła wszechobecnego terroru. Nikt nie mógł czuć się bezpiecznie, ani robotnik, ani dygnitarz. O ile początkowo wolno było mówić i pisać o obozach, bo z formalnego punktu widzenia redukowały osadzonych poprzez pracę, aby mogli oni wrócić do socjalistycznego społeczeństwa jako wartościowe jednostki, to okresie największej furii czystek stalinowskich, w drugiej połowie lat trzydziestych, Gułagi zostały utajnione, podobnie jak formy i rodzaje wykonywanej w nich pracy.

Ta ostatnia przestała być już wzorem, a nawet rodzajem propagandowego kultu, bo jej charakter stał się wyniszczający i śmiertelny. O żadnym wychowywaniu nie było już mowy, za to więźniowie padali jak muchy. Oczywiście, obozy pracy były tajemnicą poliszynela, ale otwarcie zaczęto o nich mówić dopiero w latach sześćdziesiątych za sprawą głośnej powieści Aleksandra Sołżenicyna. A dojście do władzy Michaiła Gorbaczowa, którego rodzina, jak również krewni żony, przeszli przez piekło Gułagów, i wdrożenie przez niego polityki opartej na głasnosti oraz pierestrojce znacznie zredukowało tego rodzaju ośrodki. Opowiada o tym jeden z ostatnich rozdziałów noszący tytuł „Koniec Gułagu i nowe życie łagru”, bo te ostatnie nadal funkcjonują, chociaż w epoce Władimira Putina nazywa się je koloniami karnymi. Duch Gułagu unosi się nad współczesną Rosją. W ludzkiej mentalności obozy spełniały pożyteczną rolę, bo miliony rąk budowały przecież i rozwijały państwo. A że ginęli z wycieńczenia, głodu i chorób to tylko przykra uboczna konsekwencja. Rozumowanie zwykłego obywatela jest takie, że władza i tak wie, co robi, więc po co ja, szary, ale dumny mieszkaniec tak ogromnego państwa, mam się do tego wtrącać? Polecam. Oprawa miękka, klejona. Piotr Kitrasiewicz