Autorka: Maryna Hrymycz Wydawnictwo Warsztaty Kultury
Tytułowa Kławka jest 26-letnią Ukrainką mieszkającą w Kijowie w okresie tuż powojennym, kiedy stalinizm rozpoczyna kolejną czystkę, tym razem w środowisku literackim. Bohaterka pracuje jako sekretarka w Związku Pisarzy Radzieckich Ukrainy i jest kobietą bez mężczyzny. Pochodziła z tak zwanej byłej burżuazji, a jej rodziców wywieziono w 1937 roku i słuch po nich zaginął. I nie pomogło, że ojciec był inżynierem budującym w pocie czoła socjalizm. Dziewczyna zamieszkała z dziadkami, którzy nie przeżyli wojny. Potem znalazła dach nad głową w mieszkaniu komunalnym, dzieląc podzielony przepierzeniami pokój razem ze starym wujkiem i jego równie wiekową partnerką.
Nie była entuzjastką ustroju, ale angażowała się w oficjalne działania, na przykład sportowe: jako nastolatka zdobyła mistrzostwo w biegu na 100 metrów, jak również w pchnięciu kulą, w olimpiadzie dzieci i młodzieży stalinowskiego rejonu Kijowa. Teraz, a jest sezon jesienno-zimowy 1946/47, pracuje wśród ludzi pióra, podziwiając ich talent, inteligencję, czasem nawet mądrość, ale utrzymując rezerwę, jeśli chodzi o kontakty prywatne z mężczyznami. I chociaż marzy o księciu z bajki, takim socjalistycznym arystokracie, na przykład działaczu partyjnym wyższego szczebla, to nie cierpi zbytnio z powodu swojego panieństwa – zdaniem niektórych nawet staropanieństwa – żyjąc spokojnie i bez dużych emocji. Do jej obowiązków w organizacji literackiej sporządzanie protokołów z posiedzeń, co sprawia, że jest na bieżąco w sprawach politycznych, a zwłaszcza tych dotyczących życia literackiego na terenie Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, zjednoczonej, bo przecież przed 17 września 1939 roku rozbitej na wschodnią i zachodnią. O podziale tym jest mowa na kartach książki, kiedy młody oficer NKWD przydzielony do Związku jako pisarz, opowiada o repatriacji Ukraińców, którzy uciekli z Niemcami na Zachód i nie chcieli wrócić na łono socjalistycznej ojczyzny.
Trzeba było zrobić to siłą, ale we współpracy z krajami zachodnimi, a taka Anglia uparła się i nie zgodziła na przekazanie stronie sowieckiej tych uchodźców, którzy przed wybuchem II wojny światowej czyli 1 września 1939 roku (dla Rosjan zaczęła się ona 22 czerwca 1941 roku) mieszkali na tak zwanej Ukrainie Zachodniej, bo byli oni obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej. Wydarzenia przedstawione w fabule oglądamy oczyma Kławki, a rozgrywają się one zarówno w jej życiu zawodowym, jak i prywatnym, chociaż bardziej tym pierwszym. Jako protokolantka zjazdów, zebrań i konferencji, a także sekretarka przewodniczącego, jest ona świadkiem coraz bardziej agresywnie wdzierającej się do spokojnego życia ludzi pióra polityki kremlowskiej. Dzieje się to w głośnym okresie potępienia przez Moskwę Anny Achmatowej i Michaiła Zoszczenki za odstępstwo w twórczości od oficjalnej linii ideologicznej wyznaczonej przez najwyższy organ partyjny ZSRR. Kreml naciska, aby ustosunkował się do tego Kijów, a kiedy pisarze ukraińscy przyklaskują owemu potępieniu, okazuje się, że to za mało.
Z Moskwy przyjeżdża aparatczyk, którego zadaniem jest przeprowadzenie czystek wśród twórców, a że jest to osobnik nie w ciemię bity nie daje się łatwo zbyć pozornymi samokrytykami. Maryna Hrymycz interesująco i wiarygodnie opisuje tamtą rzeczywistość, zagłębiając się w mechanizmy manipulacji. Pisarze chcąc się wykręcić od zbytniego ześwinienia aprobują na pozór to, czemu przytaknąć trzeba, ale robią to powierzchownie, na zasadzie „Macie i dajcie nam spokój”. Ale wyrachowane kremlowskie lisy nie dają się na to nabrać. Nie pomaga również dłuższa i bardziej hałaśliwa samokrytyka. Aparatczyk zarzuca ludziom pióra, że uprawiają teatr bijąc się piersi niczym u Stanisławskiego. Autorka umieszcza fikcyjną bohaterkę wśród autentycznych postaci świata literatury i sztuki, są wśród nich m.in. Maksym Rylski, Ołeksandr Kornijczuk, Iwan Zołotowerchy, Jakiw Gorodski czy Ołeksandr Dowżenko, reżyser filmowy, ale również scenarzysta, co wpasowało go w ramy ludzi pióra.
Ten ostatni znajdował się wówczas w wyjątkowej niełasce, bo Stalin na Kremlu rzucił mu prosto w twarz jadowite słowa po przeczytaniu najnowszego scenariusza. Obraz czystek politycznych ukazany od strony wnętrza organizacji literackiej nie przesłania bynajmniej innych realiów Kijowa tamtego okresu. Najbardziej wstrząsająca jest wywózka kalek, zwłaszcza ofiar wojny, w tym weteranów frontowych. Oficjalnie sławiono ich w pieśniach, powieściach i filmach, przyznawano ordery i odznaczenia, a chyłkiem, z dala od kamer i fleszy, zsyłano na Syberię, żeby nie przygnębiali swoim widokiem w dużych miastach, niech ich mieszkańcy cieszą się odbudową i socjalistycznym rozwojem. „Kławka” jest powieścią poruszającą, rozrachunkową i autentyczną w swym realizmie, zarówno historycznym, obyczajowym, jak i psychologicznym. A w finałowych scenach po prostu wstrząsającą. To 322 strony bardzo dobrej literatury. Polecam. Oprawa miękka, klejona. Piotr Kitrasiewicz