Autorka: Aleksandra Boćkowska Wydawnictwo Czarne
Książka jest opowieścią o dziejach Gdyni opartą na wspomnieniach osób, losach miejsc i obiektów, wydarzeniach historycznych. Autorka dociera do duszy tego miasta, które jest zaskakująco niezwykłe i wyjątkowe w polskiej historii. Już jego początek jest nietypowy. Gdynia nie rozwijała się w sposób ewolucyjny, przez dekady lub wieki, jak większość miejscowości, ale w ciągu kilka zaledwie lat przekształciła się z biednej rybackiej wioski w nowoczesne miasto portowe, chlubę przedwojennej Rzeczypospolitej. Nawet obcokrajowcy byli zaskoczeni, bo prasa zagraniczna co jakiś czas przysyłała swoich reporterów nad Bałtyk, żeby dali świadectwo temu, jak Polacy radzą sobie z dopiero co odzyskaną niepodległością. Ale do tego trzeba było potężnej motywacji oraz inteligentnej organizacji. Motywacją był dostęp Polski do Bałtyku, wymuszający niejako posiadanie własnego portu.
Maleńkie porciki na Helu czy we Władysławowie mogły spełniać co najwyżej funkcje rybackie i transportowe na skalę lokalną, ale coraz bardziej paląca stawała się potrzeba morskiego kontaktu ze światem w formie żeglugi handlowej i pasażerskiej. Wprawdzie II RP na mocy traktatu wersalskiego miała swoją strefę w porcie Gdańska, lecz zdominowane przez nieprzyjazny Polakom żywioł germański Wolne Miasto utrudniało jak mogło działania polskiego państwa, jak również polskiej mniejszości na swoim terenie. Organizacją budowy portu zajął się wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski, zaiste mąż opatrznościowy, który sprawił, że do budowy portu zjeżdżali się nad Bałtyk mężczyźni z całego kraju i ogarnięci patriotycznym zapałem, a jeszcze bardziej potrzebą pracy, w ciągu czterech lat wznieśli port oraz podstawy wielkiego miasta. Gdynia to rzeczywiście miasto z morza, jak głosił tytuł filmu, a przed nim wielu publikacji, w tej metaforze nie ma wielkiej przesady.
Ale nie tylko rzecz jasna o jej początkach jest mowa w książce, chociaż historia przewija się na każdym kroku. Po wojnie, po odzyskaniu przez Polskę Gdańska, władze komunistyczne na nim skupiły wszelkie zainteresowanie, finansowe i propagandowe, spychając Gdynię na plan dalszy jako relikt rządów sanacyjnych. Były nawet plany, żeby uczynić z niej, wraz z Sopotem, dzielnicę wielkiego Gdańska. Dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych nastąpił znaczny postęp w modernizacji i dalszym rozwoju Gdyni. Autorka opisuje niezwykłe przykłady lokalnego patriotyzmu mieszkańców, przechodzącego niekiedy nawet w rodzaj szowinizmu. Najczęściej jednak jest to po prostu duma, i to zarówno Gdynian z dziada pradziada – przy czym ci ostatni zamieszkiwali najprawdopodobniej jeszcze ubogą wioskę rybacką – jak i przyjezdnych, z których wielu ulega urokowi tego „miasta z morza”.
Mnie również, podczas lektury, ogarnęła chęć przeprowadzenia się do Gdyni, chociaż byłem w niej tylko kilka razy i to przejazdem. Ale taka jest właśnie siła pióra Aleksandry Boćkowskiej, aktywizującego autentyczną chlubę tego miasta, zawartą w przedmiotach, ulicach, drzewach i morskich falach tłukących o falochrony portu i piaski plaży. A zwłaszcza na kartach książek, dokumentów i w ludzkiej mentalności. Bo podobno być Gdynianinem to już kod umysłowy, odrębny wobec analogicznych stanów mentalnych mieszkańców Gdańska i Sopotu postrzeganych przez Gdynian jako epigoni niemieckości. A Gdynia to odrębność – polska odrębność. Oprawa twarda, szyta. Piotr Kitrasiewicz