Masoni. Architekci nowoczesnego świata

Autor: John Dickie                                                  Wydawnictwo: Czarna Owca

 

Największą tajemnicą masonerii jest to, że żadna tajemnica nie istnieje” – jak uczy od lat Pierwszy Mason Rzeczypospolitej Profesor Tadeusz Cegielski, historyk specjalizujący się w dziejach m.in. własnej organizacji, a także wykładowca UW, gdzie z pasją opowiada o historii filmu, wreszcie autor kryminałów (niezłych, jego „Głowę” napisaną na 200-lecie uczelni pewnie macie Państwo w swoich zbiorach) i popularyzator wiedzy (choćby wystawa „Pro Publico Bono” sprzed paru lat – o masonerii właśnie – którą oglądaliśmy w Muzeum Narodowym w Warszawie była jego przecież dzieckiem, dziś oczywiście niemile widzianym). Jakby na przekór tej dość oczywistej już narracji Cegielskiego zewsząd zalewają półki księgarskie książki dwojakiego rodzaju: najpierw, powiedzmy, ultrakonserwatywne, śledzące i tworzące spiski masonów, którzy pragną przejąć władzę nad światem (zupełnie jakby warto było rządzić takim chaosem…); z drugiej strony pojawiają się książki wprawdzie walczące z diaboliczną legendą tych jakoby satanistów, ale sprzedawane w specyficzny sposób, jako efekty wielkich śledztw, w których autorzy „wreszcie odsłaniają prawdę o tajemnicy”. Ta druga kategoria jest jakby przyjaźniejsza w odbiorze, choć apologetyczny ton tych pozycji aż nazbyt kłuje w oczy, nie wspominając o tym, że pisują tak niekoniecznie znawcy historii, dyplomacji, kultury i literatury XVIII w. A to warunek sine qua non, by jakkolwiek się wypowiadać.
Sytuacja polska jest specyficzna. O ile rynek zachodni naprawdę produkuje wiele treści masonologicznych (w tym niby-pochodnych, jak: alchemia, różokrzyżowcy, iluminaci, hrabia Saint-Germain itd. itp.), o tyle u nas wciąż posucha. Jeśli idzie o poważne publikacje naukowe i popularnonaukowe wymienić trzeba „Tajemnice masonów” ww. Cegielskiego (prosta w odbiorze, dobrze napisana, choć niedługa książeczka) i tegoż autora „Ordo ex chao” (poważniejszy kaliber, praca habilitacyjna jednak!). Warto wspomnieć „Antologię poezji masońskiej” Pierwszej Damy Masonerii Polskiej Elżbiety Wichrowskiej (też badaczki z UW). Te trzy wymienione to teraz białe kruki, wydane w minimalnym nakładzie. Lepiej nieco prezentuje się sytuacja ze starszą klasyką, czyli pracami Ludwika Hasa, jak „Sekta farmazonii warszawskiej” – marksista-trockista Has był tak profesjonalny i bezstronny w swych badaniach, że nawet niezdolni do zaakceptowania jego wyborów ideologicznych masoni umilili mu pracę stypendium i członkostwem honorowym później. Powieści z wyrazistym wątkiem masońskim też się zdarzają (choćby „Zaginiony symbol” Dana Browna), acz jakoś wiele tego nie ma. Ze strony teoretyków-spiskowców – najczęściej poczytnych partaczy i jadowitych krzykaczy – najwięcej znajdziemy oczywiście w internecie, aczkolwiek najbardziej zajadły, wręcz nawołujący do mordu, Stanisław Krajski co roku wydaje książkę o masonerii polskiej, już pewnie z kilkanaście tomów mu się uzbierało.

Polską specjalizacją w sprawach wolnomularskich jest też publikowanie list masonów – wybitnie plugawy zwyczaj, gdyż ma to klasyczną postać donosu, choć na swój sposób zabawny, gdy widzi się taką listę w formie jakby drzewa genealogicznego, gdzie obok siebie występują wyżej wymienieni Cegielski i Wichrowska obok Niemcewicza, wieszczów narodowych, Jana Kozietulskiego, polskich monarchów, Jana Józefa Lipskiego, Janusza Maciejewskiego (śp. świetnego badacza z UW – uczelnia jest pełna masonów nie od dziś) – łatwiej wskazać kto masonem nie był, niż odwrotnie. To jednak nie odstrasza krytyków, którzy grzmią o oczywistościach i przypominają, że i Breivik był mistrzem masonerii norweskiej. Ano był, niestety. Bartoszewski też, Geremek praktycznie na pewno – czyli tak jak zabójca z wyspy Utøya musieli mieć coś na sumieniu, innego wyjścia nie ma.

Znawcy pewnie wygrzebią inne jeszcze pozycje – choćby „Dziedzictwo” Romana Dmowskiego, powieść napisaną pod pseudonimem Kazimierz Wybranowski (wznowił to – a jakże – „Nasz Dziennik”), dającą dość dobry wgląd w obsesję twórcy naszej niepodległości, który u kresu kariery popadł w manię śledzenia tzw. żydomasonerii. I tyle na naszym poletku – garstka niewidocznych, przyzwoitych książek specjalistów i cały legion potwarzy, oszczerstw i kłamstw. Ciekawe, co powiedzieliby autorzy z tej drugiej grupy, gdyby przypomnieć, że arcymasońskim tekstem w dziejach naszej kultury jest „Mazurek Dąbrowskiego”, zaś Konstytucję 3 Maja sporządzili sami wolnomularze. Nie wspominając o opiewanym w „Panu Tadeuszu” Jakubie Jasińskim i… I wielu, wielu innych.

Tak wygląda sytuacja w Polsce. Tu masoneria jest wywrotowa i wolnościowa, jest też wyraźnie związana z tradycjami XVIII-wiecznego racjonalizmu, toteż będzie siłą rzeczy kojarzona z lewicą, ateizmem, komunizmem nawet. W USA odwrotnie – jest to dżentelmeński ruch konserwatywny, zdecydowanie chrześcijański (choć ludzie przecierają oczy ze zdumienia, gdy tę sprawę przypomnieć), stanowi istotny element kultury towarzyskiej. Wreszcie – Amerykę od zera zbudowali właśnie masoni. Tam żaden polityk, koszykarz, sprzedawca czy muzyk nie ma powodu ukrywać swej przynależności i obnosi się jak paw z precjozami masonerii, fartuszkami, pierścieniami, koszulkami z nadrukowaną Świetlistą Deltą. Toteż raczej z Zachodu – jeśli w ogóle – docierają do nas ciekawe publikacje świadczące o istnieniu innej niż diaboliczna twarzy wolnomularstwa.

John Dickie, którego „Masoni” niedawno zawędrowali na polski rynek, to jeszcze inna sytuacja, choć wyraźnie nawiązująca do tradycji amerykańskiego entuzjazmu. Brytyjski italianista, który wyraźnie badaczem oświecenia nie jest (pracował choćby nad historią sycylijskiej mafii i to dzięki tej książce zyskał wielką popularność) starał się uchwycić fenomen masonerii w sposób na naszych ziemiach wciąż nieznany szerszym rzeszom – śledząc konkretne postacie, mity, obyczajowość masońską pokazuje, że każda masoneria w każdym kraju jest zależna od czasów, w których funkcjonuje. Czym innym będzie w swojej ojczyźnie, Anglii, na początku XVIII w., i czymś zupełnie innym we Francji, gdzie schronili się spadkobiercy katolickich Stuartów; inna jest funkcja, status (a nawet zakres funkcjonowania czarnej legendy) masonów za Oceanem, inna zaś w Starym Świecie. Nadto, by oceniać zjawisko trzeba zrozumieć poetykę tekstów masońskich, zdawać sobie sprawę z tego, że masoni zawsze lubili i lubią nadal pewien symboliczny język, za którym nie kryją się żadne Skarby Sezamu czy klucze do piekła, gdzie u boku Szatana chcieliby rządzić naszymi duszami. Czyli uświadomić sobie, że żadna tajemnica nie istnieje. Jeśli ktoś z polskich czytelników ma chęć poczytać o doświadczeniach inicjowanego, polecam „Popioły” Stefana Żeromskiego, gdzie w 2. tomie mamy pełen wgląd w jakoby ukrywane przed światem sprawy. Rytuał masoński można zobaczyć też w ekranizacji i wszystko to jest zgodne z prawdą, Żeromski zresztą miał dostęp do odpowiednich materiałów. Podręczniki odprawiania rytuałów można sobie kupić na allegro, podobnie jak fartuszki i wszelkie utensylia (sami masoni tak się zaopatrują). Wszystko jest na wierzchu – i o tym jest też ta książka. Sprawnie napisana, gruba szyta oprawa. Oczywiście polecam, licząc na zapuszczenie macek masońskiego spisku w bibliotekarstwie województwa mazowieckiego.